Nie ogarniam.
Ostatnio. Chociaż chyba wcześniej też. Ani bloga, ani tematów domowych. Za dwa dni środa popielcowa, a ja kończę pisać post o.. adwencie.. :(
O innych pozaczynanych wpisach i "tylko" czekających na zdjęcia nie wspominając (o kosmosie, o mapach, o częściach mowy, Arktyce, sztuce, owadach ciągle jeszcze i innych naszych aktywnościach...). W głowie oczywiście pomysły na Wielki Post i jako sprawa priorytetowa należy im się pierwszeństwo. Ale szkoda mi tego zaczętego i "prawie" skonczonego posta o adwencie.. w związku z czym nie piszę nic..
Mam dość chorób.
Moich, dzieci, znowu moich, potem wszystkich dzieci. Złapaliśmy jakiegoś okropnego wirusa, który rozłożył nas po kolei. U Krzysia skończyło się to aż zapaleniem płuc.. Już chyba po. Chyba, bo Bąbel znowu ma katar, co mnie oczywiście paraliżuje.. Mnie też znowu rozkłada. I podziębienie i inne "dary" jakie posiadam..
Mam dość zimy.
Takiej byle jakiej. Bez mrozu i śniegu. Gdzie lepienie bałwana i sanki?? Przez ferie chorowaliśmy i żadne plany nam nie wyszły. Wiosno przyjdź!!! Chcę już sadzić kwiatki i wygrzewać się w słońcu!
Może krokusy zaczynają się przebijać? Sadziliśmy w zeszłym roku. Trzeba sprawdzić.
Jedynie ED nie mam dość. Mimo, że niby za wiele nie robimy. To jednak robimy. Tak mimochodem i niby przypadkiem. Unschooling sprawdza się doskonale ;) Oczywiście odbiega to znacząco od mojej "idealnej" lub chociaż "półidealnej" wizji. Ale o dziwo, gdy dopada mnie podłamania i jednak tak sobie zsumuję, co dzieci robiły. Nie jest tak źle. Może jest chaotycznie. I na pewno trochę bez ładu i składu, ale świat odkrywamy. W wielkim bałaganie domowym. Mąż dobry, co raz mniej zgrzyta zębami na jego widok.. I też w chwilach załamania myślę, sobie, że gdyby moje dzieci chodziły do szkoły, byłabym o wiele bardziej zestresowana. Tak to się pocieszam, że jeszcze przecież zostały nam 4 miesiące do egzaminów. To przecież kupa czasu :) Nie? Taaaa..
No dobra. Ponarzekałam sobie podczas wrzasków dobiegających z łazienki i napisałam posta w 10 minut. Rekord!
Zatem zabieram się za pozostałe. Adwent - nie odpuszczę. I Wielki Post - bo to już zaraz!
Pa!
ps. Nina, jak zwykle dzięki za pozytywnego kopa tudzież posta ;)
"Uczenie się nie jest efektem nauczania.
Uczenie się jest efektem działania podejmowanego przez tego, który się uczy".
John Caldwell Holt
John Caldwell Holt
© Wszelkie prawa w zakresie kopiowania i upowszechniania zamieszczonych na tym blogu tekstów i zdjęć w celach publicznych są zastrzeżone. Teksty i zdjęcia nie mogą być publikowane i powielane bez pisemnej zgody autorki.
Jeśli chcesz coś skopiować proszę napisz do mnie: m.m.kosicka@gmail.com
Jeśli chcesz coś skopiować proszę napisz do mnie: m.m.kosicka@gmail.com
Natomiast w zaciszu domowym ze wszelkich pomysłów, metod, sposobów korzystajcie proszę do woli :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja domowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja domowa. Pokaż wszystkie posty
16 lutego 2015
12 września 2014
Ciasteczka edukacyjne - wrzesień
Jeszcze przed narodzinami Krzysia zostałam zaproszona do współpracy z Gazetką Sąsiedzką i oto w najnowszym, wrześniowym numerze znajdziecie tam artykuł mojego autorstwa.
Na temat edukacji domowej oczywiście :)
Redakcja jest otwarta na cykl publikacji i tym sposobem powstały moje pierwsze Ciasteczka edukacyjne.
Tekst spodobał się też portalowi Deon i tam również możecie przeczytać o naszej domowej szkole (klik).
ps. Trzymajcie kciuki za kolejne artykuły..
Na temat edukacji domowej oczywiście :)
Redakcja jest otwarta na cykl publikacji i tym sposobem powstały moje pierwsze Ciasteczka edukacyjne.
Tekst spodobał się też portalowi Deon i tam również możecie przeczytać o naszej domowej szkole (klik).
Serdecznie zapraszam!
ps. Trzymajcie kciuki za kolejne artykuły..
Etykiety:
ciasteczka edukacyjne,
edukacja domowa
22 marca 2012
Kraków
Obiecana relacja.
Ania wraz z Tatą w ramach łączenia przyjemnego z pożytecznym pojechała pod koniec lutego na wycieczkę do Krakowa, aby zaczerpnąć ze skarbnicy historii i tradycji naszego kraju.
Ponieważ pobyt trwał tylko dwa dni więc i lista celów była mocno ograniczona: Łagiewniki, Wawel, Kościół Mariacki, Sukiennice, Kazimierz.
Największe wrażenie zrobił na Ani kościół Mariacki, po wejściu do którego powiedziała z niekłamanym zachwytem „Ale tu pięknie”.
Oczywiście Wawel z całym swym bogactwem historii, dostarczył doskonałych pretekstów do omówienia kilku wydarzeń historycznych oraz postaci znaczących w naszej historii. Jednak cierpliwości starczyło Ani tylko na oglądanie reprezentacyjnych komnat królewskich oraz Wawelskiej katedry.
Dzięki znajomościom Taty, Ania miała szansę odwiedzić też siedzibę redakcji portalu www.deon.pl. Największą frajdę sprawiło tam Ani obcowanie z wielkim ekranem multimedialnym, na którym mogła rysować palcem lub specjalnymi pisakami. Tak, więc choć celem wycieczki było spotkanie z historią, to jednak nie udało się całkowicie uciec od nowoczesności ;)
Na koniec zdjęcia autorstwa Ani:
Ania wraz z Tatą w ramach łączenia przyjemnego z pożytecznym pojechała pod koniec lutego na wycieczkę do Krakowa, aby zaczerpnąć ze skarbnicy historii i tradycji naszego kraju.
Ponieważ pobyt trwał tylko dwa dni więc i lista celów była mocno ograniczona: Łagiewniki, Wawel, Kościół Mariacki, Sukiennice, Kazimierz.
Największe wrażenie zrobił na Ani kościół Mariacki, po wejściu do którego powiedziała z niekłamanym zachwytem „Ale tu pięknie”.
Oczywiście Wawel z całym swym bogactwem historii, dostarczył doskonałych pretekstów do omówienia kilku wydarzeń historycznych oraz postaci znaczących w naszej historii. Jednak cierpliwości starczyło Ani tylko na oglądanie reprezentacyjnych komnat królewskich oraz Wawelskiej katedry.
Dzięki znajomościom Taty, Ania miała szansę odwiedzić też siedzibę redakcji portalu www.deon.pl. Największą frajdę sprawiło tam Ani obcowanie z wielkim ekranem multimedialnym, na którym mogła rysować palcem lub specjalnymi pisakami. Tak, więc choć celem wycieczki było spotkanie z historią, to jednak nie udało się całkowicie uciec od nowoczesności ;)
Na koniec zdjęcia autorstwa Ani:
Sanktuarium Miłosierdzia Bożego
Dziedziniec Zamku Królewskiego na Wawelu
Etykiety:
edukacja domowa,
historia,
Kraków,
wycieczki
15 marca 2012
Semestralny i Kraków
Miałam pisać o Krakowie, ale najpierw powinnam napisać o kolejnym sprawdzianie semestralnym Ani. Odbył się on 17 lutego. Wybaczcie ciut spóźnioną relację.
To był ciężki tydzień dla Ani. W poniedziałek (13.02) miała pisemny egzamin (też semestralny) z angielskiego, w środę (15.02) ustny z tegoż samego, a w piątek (17.02) ten wyczekiwany półroczny egzamin w szkole (edukacja polonistyczna, przyrodniczo-społeczna i matematyczna). Mogę tylko opisać relację Ani i Taty, ponieważ ja zostałam w domu z Maluchami.
Jak zwykle było bardzo miło, Ania mogła tego dnia uczestniczyć normalnie w lekcjach całej klasy. Test zatem pisała razem z innymi dziećmi. Z matmy miała dwa błędy w obliczeniach (ocena: 5), a w polskim wszystko dobrze oprócz jednego zadania (ocena: 4,5).
A to przez mamę.. która źle dziecko nauczyła. Taa..
Mama ma tendencję do przekombinowywania (stety/niestety) i z prostego ćwiczenia zrobiła jakiegoś dziwoląga. Dostaliśmy wcześniej test próbny ze szkoły i w jednym z zadań chodziło o przymiotniki i liczbę mnogą, a ja sobie zrobiłam z tego odmianę rzeczownika. Hihi jak o tym teraz myślę, to śmiać mi się chce, ale prawda jest taka, że nie zrozumiałam polecenia. No nic. Człowiek uczy się na błędach. Pani Anię pochwaliła. Kaligrafia się poprawiła, a ponoć czytanie ze zrozumieniem i rysowanie na szóstkę zostało ocenione. Jestem więc zadowolona, bo błędów moich nie liczę, a z przymiotnikami i liczbą mnogą kochana córka na szczęście problemów nie ma.
Ania wróciła ze szkoły bardzo szczęśliwa, opowiadając głównie o szczurze, którego mogła potrzymać (dzieci hodują w klasie myszki i szczury) i który ją zadrapał w ręką. Teraz ciągle nas męczy, żebyśmy zgodzili się na myszoskoczka. Ale naprawdę nie ma gdzie go u nas trzymać :(. Obiecałam jej w lecie ponowną hodowlę ślimaków i dżdżownic (też nie dałam rady opisać tego na blogu.. może w tym roku to nadrobimy ).
Egzaminów jakoś szczególnie nie przeżywała, to tylko ja się zamartwiałam (jak zwykle). Dzieci są na szczęście mądrzejsze :)
Z angielskiego natomiast nasza pociecha dostało dwie szóstki (z ustnego nawet z wykrzyknikiem).
Może jeszcze dodam, że szkołę generalnie mamy domową ale angielskiego Ania uczy się w Early Stage, też jest tam w II klasie. Szkołę polecam. Jesteśmy z niej bardzo zadowoleni. Z moją wymową nigdy bym nie osiągnęła takich efektów, a ta placówka jest bardzo nowatorska i dobra metodycznie.
I tak przy okazji gdybyście oglądali film dokumentalny ze strony głównej Early Stage, to można tam zobaczyć także naszą Anię (minuta 1:28 oraz 9:08), tyle że z zeszłego roku ;)
A w ostatnią niedzielę karnawału (19.02) po ciężkiej pracy odbył się zasłużony.. bal!
W Dobrym Miejscu :)
Późno już, więc o wyprawie do Krakowa będzie w kolejnym poście.
To był ciężki tydzień dla Ani. W poniedziałek (13.02) miała pisemny egzamin (też semestralny) z angielskiego, w środę (15.02) ustny z tegoż samego, a w piątek (17.02) ten wyczekiwany półroczny egzamin w szkole (edukacja polonistyczna, przyrodniczo-społeczna i matematyczna). Mogę tylko opisać relację Ani i Taty, ponieważ ja zostałam w domu z Maluchami.
Jak zwykle było bardzo miło, Ania mogła tego dnia uczestniczyć normalnie w lekcjach całej klasy. Test zatem pisała razem z innymi dziećmi. Z matmy miała dwa błędy w obliczeniach (ocena: 5), a w polskim wszystko dobrze oprócz jednego zadania (ocena: 4,5).
A to przez mamę.. która źle dziecko nauczyła. Taa..
Mama ma tendencję do przekombinowywania (stety/niestety) i z prostego ćwiczenia zrobiła jakiegoś dziwoląga. Dostaliśmy wcześniej test próbny ze szkoły i w jednym z zadań chodziło o przymiotniki i liczbę mnogą, a ja sobie zrobiłam z tego odmianę rzeczownika. Hihi jak o tym teraz myślę, to śmiać mi się chce, ale prawda jest taka, że nie zrozumiałam polecenia. No nic. Człowiek uczy się na błędach. Pani Anię pochwaliła. Kaligrafia się poprawiła, a ponoć czytanie ze zrozumieniem i rysowanie na szóstkę zostało ocenione. Jestem więc zadowolona, bo błędów moich nie liczę, a z przymiotnikami i liczbą mnogą kochana córka na szczęście problemów nie ma.
Ania wróciła ze szkoły bardzo szczęśliwa, opowiadając głównie o szczurze, którego mogła potrzymać (dzieci hodują w klasie myszki i szczury) i który ją zadrapał w ręką. Teraz ciągle nas męczy, żebyśmy zgodzili się na myszoskoczka. Ale naprawdę nie ma gdzie go u nas trzymać :(. Obiecałam jej w lecie ponowną hodowlę ślimaków i dżdżownic (też nie dałam rady opisać tego na blogu.. może w tym roku to nadrobimy ).
Egzaminów jakoś szczególnie nie przeżywała, to tylko ja się zamartwiałam (jak zwykle). Dzieci są na szczęście mądrzejsze :)
Z angielskiego natomiast nasza pociecha dostało dwie szóstki (z ustnego nawet z wykrzyknikiem).
Może jeszcze dodam, że szkołę generalnie mamy domową ale angielskiego Ania uczy się w Early Stage, też jest tam w II klasie. Szkołę polecam. Jesteśmy z niej bardzo zadowoleni. Z moją wymową nigdy bym nie osiągnęła takich efektów, a ta placówka jest bardzo nowatorska i dobra metodycznie.
I tak przy okazji gdybyście oglądali film dokumentalny ze strony głównej Early Stage, to można tam zobaczyć także naszą Anię (minuta 1:28 oraz 9:08), tyle że z zeszłego roku ;)
A w ostatnią niedzielę karnawału (19.02) po ciężkiej pracy odbył się zasłużony.. bal!
W Dobrym Miejscu :)
Późno już, więc o wyprawie do Krakowa będzie w kolejnym poście.
Etykiety:
edukacja domowa,
egzaminy,
SP kl I-III,
sprawdzian
22 stycznia 2012
Motywacja
Jak motywować swoje dziecko do nauki. Ciągle o tym rozmyślam... Kiedy idziemy według podręcznika Ania szybko się nudzi. Pisanie trwa w nieskończoność i nawet najprostsze zadania bez stałego motywowania i przynaglania ciągną się i ciągną. I niezbyt pomagają tablice motywacyjne, zdobywanie serduszek, nagród, słodyczy czy innych niespodzianek. Jeśli robimy cokolwiek innego, co sama wymyślę lub podam w inny sposób treść z podręcznika, idzie jak z płatka.
Problem tkwi w tym, że obawiam się za bardzo odbiegać od planu szkolnego i martwię się, czy idąc własnym torem nie zaszkodzę Ani w... zdaniu egzaminu. No właśnie! Te nieszczęsne egzaminy paraliżują mnie. A na jednoczesne przerabianie podręczników i własne pomysły czasu nie starcza. Więc tak lawiruję, trochę tego, trochę tamtego.. A przecież nie o taką szkołę mi chodziło.. Wiem, że problem tkwi też w umiejętnym rozplanowaniu materiału, harmonogramie dnia i tygodnia. Pracuję nad tym ale przyznaję, logistyka to nie jest moja mocna strona. Harmonogram tygodniowy powstał we wrześniu, jednak jego realizacja trochę się rozmywa. Mamy co prawda do czego dążyć. Dobre i to ;) Najgorzej idzie z pozycją pierwszą czyli rozłożeniem materiału w czasie, zbyt odległe terminy i plany przerastają mnie. Jestem zadaniowa i zupełnie nie widzę spraw w dalszej perspektywie. W obliczu edukacji domowej nie jest to zbyt dobre. Ale pracuję, szukam, staram się doskonalić nasz system nauczania.
O procesie uczenia się fenomenalnie pisze pani Marzena Żylińska na swoim blogu.
I w ten sposób dodaje mi odwagi by od stricte podręcznikowego uczenia uciekać. Potwierdza się to również w moich obserwacjach. Kochany mąż kupił mi na gwiazdkę laminator. Ania również bardzo się zainteresowała tym urządzeniem i koniecznie chciała mi pomóc przy tworzeniu materiałów dla niej. I faktycznie - zgodnie z zasadami neurodydaktyki - pomoce naukowe wspólnie zrobione od razu przyniosły efekty. Po pierwsze Ania od razu chciała je wypróbować, po drugie bardzo wiele nauczyła się podczas samego ich robienia, po trzecie była chętniejsza do pracy z nimi też później.
Neurodydaktyka to nowe podejście do nauczania w świetle badań nad pracą mózgu.
Pani Marzena jako czynniki pomocne naszym mózgom w procesie uczenia się wymienia:
- łączenie wiedzy kognitywnej z emocjami i aktywnością ciała
- bezstresową przyjazną atmosferę
- praktyczne znaczenie/zastosowanie poznawanego materiału
- poznawanie raczej przez wzrok a nie słuch (ułatwia zapamiętywanie)
- poznawanie przez dotyk rąk (ręce mają w mózgu bardzo dużą reprezentację, ich aktywność pobudza więc wiele struktur neuronalnych)
- możliwość odniesienia poznawanego materiału do własnych doświadczeń
- rozwiązywanie problemów i przetwarzanie informacji zamiast reprodukowania
- praca w grupie
Ten ostatni czynnik jest dla ED trochę trudniejszy do spełnienia. Jednak pozostałe są bardzo inspirujące i zachęcam do nich gorąco. Postaram się w kolejnych postach podawać parę przykładów pracy jakie obmyśliłam próbując zastosować te wskazówki.
Proszę też o Wasze komentarze i wskazówki, jak motywujecie dzieci do pracy, jak planujecie ich naukę, harmonogram dnia etc. Będę wdzięczna za wszelkie uwagi.
Neurodydaktyka to nowe podejście do nauczania w świetle badań nad pracą mózgu.
Pani Marzena jako czynniki pomocne naszym mózgom w procesie uczenia się wymienia:
- łączenie wiedzy kognitywnej z emocjami i aktywnością ciała
- bezstresową przyjazną atmosferę
- praktyczne znaczenie/zastosowanie poznawanego materiału
- poznawanie raczej przez wzrok a nie słuch (ułatwia zapamiętywanie)
- poznawanie przez dotyk rąk (ręce mają w mózgu bardzo dużą reprezentację, ich aktywność pobudza więc wiele struktur neuronalnych)
- możliwość odniesienia poznawanego materiału do własnych doświadczeń
- rozwiązywanie problemów i przetwarzanie informacji zamiast reprodukowania
- praca w grupie
Ten ostatni czynnik jest dla ED trochę trudniejszy do spełnienia. Jednak pozostałe są bardzo inspirujące i zachęcam do nich gorąco. Postaram się w kolejnych postach podawać parę przykładów pracy jakie obmyśliłam próbując zastosować te wskazówki.
Proszę też o Wasze komentarze i wskazówki, jak motywujecie dzieci do pracy, jak planujecie ich naukę, harmonogram dnia etc. Będę wdzięczna za wszelkie uwagi.
Etykiety:
edukacja domowa,
motywacja,
neurodydaktyka
19 lipca 2011
Rok szkolny 2010/2011 zakończony. A wakacje już za pasem..
Witajcie po długiej przerwie. Stwierdziłam dzisiaj, że chyba zacznę pisać chociaż po parę zdań, bo jak tak dalej będę czekać na "odpowiedni czas" to nigdy to nie nastąpi..
Rok szkolny zakończyliśmy pięknie w czerwcu.
Jestem bardzo dumna z naszej Anusi (brawo Kochanie!). Egzamin semestralny odbył się na początku czerwca pisany razem z całą klasą oraz pozostałymi dwiema dziewczynkami, również uczącymi się w domu. Jak zwykle w naszej Szkole było niezmiernie miło i sympatycznie. Polecam ją wszystkim edukującym domowo rodzicom. I tym szukającym dobrej szkoły również. Do Kolegium św. Stanisława Kostki naprawdę warto posłać swoje dziecko. Nie tylko ze względu na patrona ;)
Egzamin wyglądał podobnie jak semestralny: była część matematyczna i polonistyczno-przyrodniczo-społeczna oraz religia. Angielskiego w końcu nie było. A szkoda. Angielski więc Ania zdawała tylko w Early Stage, gdzie chodzi na zajęcia również do klasy pierwszej.
W części matematycznej miała Ania 3 błędy w liczeniu i jeden z określaniem stron lewa/prawa, w polskim zjadała literki - ale ocena ostateczna była bardzo dobra, z religii celująca. Więc generalnie super. Atmosfera przemiła. Dziewczynki mogły cały dzień spędzić z klasą uczestnicząc we wszystkich zajęciach. Klasa nie jest zbyt duża, liczy 11 dzieci + 3 dziewczynki w ED. W tym czasie my rodzice mogliśmy sobie sympatycznie gawędzić w pokoju nauczycielskim - gdzie dostaliśmy do dyspozycji ogromny stół, kawę, herbatę, ciasteczka. Mogły też być z nami nasze młodsze pociechy. My z tej opcji zrezygnowaliśmy zostawiając Stasia z babcią, ale pozostałe rodziny zabrały całą swą dziatwę, było wesoło :)
Na zakończeniu roku szkolnego - na który wybraliśmy się już cała rodziną - również było bardzo sympatycznie. Zachwycałam się małymi muzykami, którzy mieli swoje koncerty - byli przedstawiciele każdej z klas, jedni grali na skrzypcach, inni na fortepianie. Były też występy recytatorskie i teatralne. Jednak to muzyczna część najbardziej podobała się Stasiowi. Nasze serca też porywając. Później nastąpiło uroczyste rozdanie nagród za udział w szkolnych konkursach, wreszcie świadectwa i dyplomy. Nasza córeczka otrzymała dyplom "Bardzo dobrego ucznia" - była to dla nas bardzo miła niespodzianka - oraz książkę "Wielcy odkrywcy. Sylwetki największych podróżników i badaczy".
W między czasie odbyła się również bardzo ważna dla nas uroczystość - I Komunia Święta Ani (we czwartek 9.06). Nie było kameralnie, ponieważ Ancia przyjmowała po raz pierwszy Pana Jezusa razem z innym dziećmi z naszej parafii, jednak my obchodziliśmy tę uroczystość skromnie, w gronie tylko najbliższej rodziny i chrzestnych Ani. Nie było również prezntów z tej okazji. Świadomie zrezygnowlaiśy z tej całej otoczki, chcąc skupić się na tym co istotne. Prezenty bardzo proszę ale na imieniny, urodziny czy inne tego typu okazje :)
Chociaż jeden ważny prezent był.. Ania dostała od nas Biblię Jerozolimską, w pełni swoją, całą, już taką "dla dorosłych", a nie dla dzieci czy młodzieży. Ania był bardzo szczęśliwa.
Nasz proboszcz chcąc by dzieci w pełni mogły przeżyć ten moment, już od paru (a może nawet dłużej) lat organizuję I Komunię Świętą w trochę odmienny sposób. Pierwszy raz dzieci przyjmują Pana Jezusa we czwartek, bez fleszy, kamer i gości, tylko w gronie najbliższej rodziny, a uroczyste (już 4 z kolei) przyjęcie Pana Jezusa z zebraną całą rodziną, kamerzystami, fotografami etc. w niedzielę. Czwartek to był piękny moment, wzruszyłam się bardzo. Ponieważ Anulka była najmłodsza, więc i najniższa (dzieci były ustawiane wg. wzrostu) Pana Jezusa przyjmowała jako pierwsza. Natomiast niedziela to było trudne doświadczenie, czułam się jak na pokazie celebrytów.. W Kościele nie było gdzie szpilki wcisnąć. Ciężko było się skupić, niektórym dziewczynkom robiło się słabo. Tym bardziej jestem wdzięczna ks. Proboszczowi za ten inny sposób przeprowadzenia tej ważnej uroczystości.
Zdjęcia z niedzieli 12.06 :)
Potem było święto Bożego Ciała, w którym Ania uczestniczyła z wielką radością w inny niż zwykle sposób. Tym razem sypała kwiatki przed Panem, zwykle je zbierała.. ;).
Dla dzieci przygotowujących się na ten moment polecam książeczkę "Dzieci odkrywają Boże Ciało" Andrzeja Sochackiego. Znaliśmy już wcześniej równie świetną pozycję tego autora "Dzieci odkrywają Wielkanoc". Polecam.
Na początku lipca wyjechaliśmy na Mazury nad jezioro Pluski. Głównie padało, ale i tak było fajnie.
Czekają nas również kolejne wojaże, ale nie wszystko na raz. O tym napiszę innym razem. Czas spać. Mam nadzieję, że uda mi się również podzielić z Wami tym, co robiliśmy w ciągu drugiego semestru i w czasie wakacji bardziej szczegółowo.
Teraz pozdrawiamy ciepło!
ps. Antosia spodziewamy się ujrzeć twarzą w twarz w połowie października :)
ps2. nawet sporo tych zdań wyszło ;)
Rok szkolny zakończyliśmy pięknie w czerwcu.
Jestem bardzo dumna z naszej Anusi (brawo Kochanie!). Egzamin semestralny odbył się na początku czerwca pisany razem z całą klasą oraz pozostałymi dwiema dziewczynkami, również uczącymi się w domu. Jak zwykle w naszej Szkole było niezmiernie miło i sympatycznie. Polecam ją wszystkim edukującym domowo rodzicom. I tym szukającym dobrej szkoły również. Do Kolegium św. Stanisława Kostki naprawdę warto posłać swoje dziecko. Nie tylko ze względu na patrona ;)
Egzamin wyglądał podobnie jak semestralny: była część matematyczna i polonistyczno-przyrodniczo-społeczna oraz religia. Angielskiego w końcu nie było. A szkoda. Angielski więc Ania zdawała tylko w Early Stage, gdzie chodzi na zajęcia również do klasy pierwszej.
W części matematycznej miała Ania 3 błędy w liczeniu i jeden z określaniem stron lewa/prawa, w polskim zjadała literki - ale ocena ostateczna była bardzo dobra, z religii celująca. Więc generalnie super. Atmosfera przemiła. Dziewczynki mogły cały dzień spędzić z klasą uczestnicząc we wszystkich zajęciach. Klasa nie jest zbyt duża, liczy 11 dzieci + 3 dziewczynki w ED. W tym czasie my rodzice mogliśmy sobie sympatycznie gawędzić w pokoju nauczycielskim - gdzie dostaliśmy do dyspozycji ogromny stół, kawę, herbatę, ciasteczka. Mogły też być z nami nasze młodsze pociechy. My z tej opcji zrezygnowaliśmy zostawiając Stasia z babcią, ale pozostałe rodziny zabrały całą swą dziatwę, było wesoło :)
Na zakończeniu roku szkolnego - na który wybraliśmy się już cała rodziną - również było bardzo sympatycznie. Zachwycałam się małymi muzykami, którzy mieli swoje koncerty - byli przedstawiciele każdej z klas, jedni grali na skrzypcach, inni na fortepianie. Były też występy recytatorskie i teatralne. Jednak to muzyczna część najbardziej podobała się Stasiowi. Nasze serca też porywając. Później nastąpiło uroczyste rozdanie nagród za udział w szkolnych konkursach, wreszcie świadectwa i dyplomy. Nasza córeczka otrzymała dyplom "Bardzo dobrego ucznia" - była to dla nas bardzo miła niespodzianka - oraz książkę "Wielcy odkrywcy. Sylwetki największych podróżników i badaczy".
W między czasie odbyła się również bardzo ważna dla nas uroczystość - I Komunia Święta Ani (we czwartek 9.06). Nie było kameralnie, ponieważ Ancia przyjmowała po raz pierwszy Pana Jezusa razem z innym dziećmi z naszej parafii, jednak my obchodziliśmy tę uroczystość skromnie, w gronie tylko najbliższej rodziny i chrzestnych Ani. Nie było również prezntów z tej okazji. Świadomie zrezygnowlaiśy z tej całej otoczki, chcąc skupić się na tym co istotne. Prezenty bardzo proszę ale na imieniny, urodziny czy inne tego typu okazje :)
Chociaż jeden ważny prezent był.. Ania dostała od nas Biblię Jerozolimską, w pełni swoją, całą, już taką "dla dorosłych", a nie dla dzieci czy młodzieży. Ania był bardzo szczęśliwa.
Nasz proboszcz chcąc by dzieci w pełni mogły przeżyć ten moment, już od paru (a może nawet dłużej) lat organizuję I Komunię Świętą w trochę odmienny sposób. Pierwszy raz dzieci przyjmują Pana Jezusa we czwartek, bez fleszy, kamer i gości, tylko w gronie najbliższej rodziny, a uroczyste (już 4 z kolei) przyjęcie Pana Jezusa z zebraną całą rodziną, kamerzystami, fotografami etc. w niedzielę. Czwartek to był piękny moment, wzruszyłam się bardzo. Ponieważ Anulka była najmłodsza, więc i najniższa (dzieci były ustawiane wg. wzrostu) Pana Jezusa przyjmowała jako pierwsza. Natomiast niedziela to było trudne doświadczenie, czułam się jak na pokazie celebrytów.. W Kościele nie było gdzie szpilki wcisnąć. Ciężko było się skupić, niektórym dziewczynkom robiło się słabo. Tym bardziej jestem wdzięczna ks. Proboszczowi za ten inny sposób przeprowadzenia tej ważnej uroczystości.
Zdjęcia z niedzieli 12.06 :)
Potem było święto Bożego Ciała, w którym Ania uczestniczyła z wielką radością w inny niż zwykle sposób. Tym razem sypała kwiatki przed Panem, zwykle je zbierała.. ;).
Dla dzieci przygotowujących się na ten moment polecam książeczkę "Dzieci odkrywają Boże Ciało" Andrzeja Sochackiego. Znaliśmy już wcześniej równie świetną pozycję tego autora "Dzieci odkrywają Wielkanoc". Polecam.
Na początku lipca wyjechaliśmy na Mazury nad jezioro Pluski. Głównie padało, ale i tak było fajnie.
Czekają nas również kolejne wojaże, ale nie wszystko na raz. O tym napiszę innym razem. Czas spać. Mam nadzieję, że uda mi się również podzielić z Wami tym, co robiliśmy w ciągu drugiego semestru i w czasie wakacji bardziej szczegółowo.
Teraz pozdrawiamy ciepło!
ps. Antosia spodziewamy się ujrzeć twarzą w twarz w połowie października :)
ps2. nawet sporo tych zdań wyszło ;)
Etykiety:
edukacja domowa,
egzaminy,
SP kl I-III,
sprawdzian,
w szkole
22 marca 2011
Sprawdzian - zaliczony!
I to na poziomie - cytuję - wysokim :) Ania pisała dwa testy. Jeden z matematyki, czyli ładnie mówiąc z zakresu edukacji matematycznej. Drugi z zakresu edukacji polonistycznej i przyrodniczo-społecznej. Z matmy na 19 pkt Ania zdobyła 18,5, a z polskiego na 16 pkt miała 15,5. Tak więc merytorycznie bardzo dobrze, poćwiczyć musimy kaligrafię.
Ach, jesteśmy dumni :))))
Możemy się jeszcze pochwalić, iż zadanie z wiedzy przyrodniczej Ania zrobiła ponoć jako jedyna z dzieci poprawnie :)
Opiszę jeszcze szczegółowo, jak to wszystko wyglądało, ponieważ wiem, iż są zainteresowane tym osoby. Normalnie tzn. gdybyśmy zjawili się w terminie, Anulka pisała by razem z innymi dziećmi w klasie. Ponieważ pisanie przy prowadzonych zajęciach rozpraszało by Anię, nasza (przemiła) pani wychowawczyni zaprosiła nas do (prawie cały czas pustej) świetlicy. Mogliśmy tam sobie spokojnie usiąść. Chcieliśmy Anię zostawić samą z panią, ale mała chciała bym została z nią. Wychowawczyni nie miała nic przeciwko temu, więc mogłam sobie siedzieć i obserwować. Zenuś poszedł na spacer :) Anulka zaczęła od części matematycznej. Następnie pani zapytała się Ani czy chce mieć przerwę. Ponieważ Ania lubi bardzo matematykę i najwyraźniej nie zmęczyła się pierwszym testem, nie zdecydowała się na przerwę. Następna była czytanka. Była to dla nas nowa czytanka, chociaż powinnyśmy mieć już ją przerobioną, gdybyśmy szły równo z klasą. A jak wiecie, tak nie było. Na stwierdzenie pani, że pewnie Ania już ją zna (czytankę) pokręciłam głową. Wobec tego nauczycielka chciała zmienić tekst na inny, ale powiedziałam, że nie ma takiej konieczności, a Ancia po prostu zaczęła czytać. Potem się zastanawiałam czy dobrze zrobiłam, bo opowiadanie było dosyć trudne. Czytanka była pt. "W Białowieży". Mała miała problem z dwoma słowami, ale generalnie przeczytała ładnie i prawidłowo odpowiedziała na pytania dotyczące treści. Następnie była krótka przerwa, ok 10 min. Kolejnym zadaniem było pisanie z pamięci. Pani napisała na tablicy dwa zdania, które parokrotnie Ani przeczytała. Ania miała się im przyglądać i zapamiętać je. Gdy była już gotowa, pani starła zdania i wtedy Ania już z pamięci miała je zapisać na kartce, co też uczyniła prawidłowo. Pomijam kaligrafię.. Później był test polonistyczny. W trakcie jego pisania Ania miała ku swej wielkiej radości drugą małą przerwę (wynikającą bardziej z sytuacji, ponieważ pani musiała na chwilę wyjść). Na koniec było pisanie ze słuchu. Pani przeczytała Ani parokrotnie dwa zdania, których Ania nie widziała, tylko mogła słyszeć. Następnie gdy Ania była już gotowa, miała zapisać je na kartce.
Wszystko trwało godzinę i przebiegało w bardzo miłej i serdecznej atmosferze. Ania parę razy zwracała się do mnie ze swoimi wątpliwościami, ale nic jej nie pomagałam, tylko odsyłałam ją do wychowawczyni (dlatego właśnie wolałam Anię zostawić samą, by nie skupiać na sobie jej uwagi). Pod koniec sprawdzianu Ania zwracała się już tylko do pani, zagadując ją również na inne tematy. Wychowawczyni zaraz po napisaniu wszystkiego przez Anię szybko sprawdziła testy i mogła nam udzielić informacji zwrotnej. Tak jak już pisałam, popracować musimy nad kaligrafią. Zdajemy sobie z tego sprawę już od jakiegoś czasu, ale bardzo ciężko jest Anię zagonić do pisania (a robimy to codziennie). Zauważyłam też, że Ania nieprawidłowo trzyma ołówek, ale nic nie udawało mi się z tym zrobić. Na dodatek okazało się, że Zenuś trzyma długopis tak samo, więc rodzina stwierdziła, że się czepiam. I tu z pomocą przyszła mi pani wychowawczyni, potwierdzając moje spostrzeżenia i podpowiadając, iż są specjalne nakładki na ołówki pomagające prawidłowo układać palce. Zalecała też ćwiczenie palców innymi metodami: lepienie plasteliny, ciastoliny, wszelkie prace ręczne, nawlekanie etc. Na zakończenie pani wychowawczyni wręczyła nam książkę "Edukacja domowa w Polsce" pod redakcją Marzeny i Pawła Zakrzewskich. Czyż to nie miłe?
Udało mi się także porozmawiać z panią od angielskiego i panią od religii oraz umówić z nimi na kontakt mailowy. Wróciliśmy do domu bardzo szczęśliwi i zadowoleni.
Teraz znowu jesteśmy chorzy, tym razem dzieci, więc wybaczcie mi spóźnienie z tym sprawozdaniem ;)
Pozdrawiamy wiosennie Wszystkich Miłych Czytelników!
Ach, jesteśmy dumni :))))
Możemy się jeszcze pochwalić, iż zadanie z wiedzy przyrodniczej Ania zrobiła ponoć jako jedyna z dzieci poprawnie :)
Opiszę jeszcze szczegółowo, jak to wszystko wyglądało, ponieważ wiem, iż są zainteresowane tym osoby. Normalnie tzn. gdybyśmy zjawili się w terminie, Anulka pisała by razem z innymi dziećmi w klasie. Ponieważ pisanie przy prowadzonych zajęciach rozpraszało by Anię, nasza (przemiła) pani wychowawczyni zaprosiła nas do (prawie cały czas pustej) świetlicy. Mogliśmy tam sobie spokojnie usiąść. Chcieliśmy Anię zostawić samą z panią, ale mała chciała bym została z nią. Wychowawczyni nie miała nic przeciwko temu, więc mogłam sobie siedzieć i obserwować. Zenuś poszedł na spacer :) Anulka zaczęła od części matematycznej. Następnie pani zapytała się Ani czy chce mieć przerwę. Ponieważ Ania lubi bardzo matematykę i najwyraźniej nie zmęczyła się pierwszym testem, nie zdecydowała się na przerwę. Następna była czytanka. Była to dla nas nowa czytanka, chociaż powinnyśmy mieć już ją przerobioną, gdybyśmy szły równo z klasą. A jak wiecie, tak nie było. Na stwierdzenie pani, że pewnie Ania już ją zna (czytankę) pokręciłam głową. Wobec tego nauczycielka chciała zmienić tekst na inny, ale powiedziałam, że nie ma takiej konieczności, a Ancia po prostu zaczęła czytać. Potem się zastanawiałam czy dobrze zrobiłam, bo opowiadanie było dosyć trudne. Czytanka była pt. "W Białowieży". Mała miała problem z dwoma słowami, ale generalnie przeczytała ładnie i prawidłowo odpowiedziała na pytania dotyczące treści. Następnie była krótka przerwa, ok 10 min. Kolejnym zadaniem było pisanie z pamięci. Pani napisała na tablicy dwa zdania, które parokrotnie Ani przeczytała. Ania miała się im przyglądać i zapamiętać je. Gdy była już gotowa, pani starła zdania i wtedy Ania już z pamięci miała je zapisać na kartce, co też uczyniła prawidłowo. Pomijam kaligrafię.. Później był test polonistyczny. W trakcie jego pisania Ania miała ku swej wielkiej radości drugą małą przerwę (wynikającą bardziej z sytuacji, ponieważ pani musiała na chwilę wyjść). Na koniec było pisanie ze słuchu. Pani przeczytała Ani parokrotnie dwa zdania, których Ania nie widziała, tylko mogła słyszeć. Następnie gdy Ania była już gotowa, miała zapisać je na kartce.
Wszystko trwało godzinę i przebiegało w bardzo miłej i serdecznej atmosferze. Ania parę razy zwracała się do mnie ze swoimi wątpliwościami, ale nic jej nie pomagałam, tylko odsyłałam ją do wychowawczyni (dlatego właśnie wolałam Anię zostawić samą, by nie skupiać na sobie jej uwagi). Pod koniec sprawdzianu Ania zwracała się już tylko do pani, zagadując ją również na inne tematy. Wychowawczyni zaraz po napisaniu wszystkiego przez Anię szybko sprawdziła testy i mogła nam udzielić informacji zwrotnej. Tak jak już pisałam, popracować musimy nad kaligrafią. Zdajemy sobie z tego sprawę już od jakiegoś czasu, ale bardzo ciężko jest Anię zagonić do pisania (a robimy to codziennie). Zauważyłam też, że Ania nieprawidłowo trzyma ołówek, ale nic nie udawało mi się z tym zrobić. Na dodatek okazało się, że Zenuś trzyma długopis tak samo, więc rodzina stwierdziła, że się czepiam. I tu z pomocą przyszła mi pani wychowawczyni, potwierdzając moje spostrzeżenia i podpowiadając, iż są specjalne nakładki na ołówki pomagające prawidłowo układać palce. Zalecała też ćwiczenie palców innymi metodami: lepienie plasteliny, ciastoliny, wszelkie prace ręczne, nawlekanie etc. Na zakończenie pani wychowawczyni wręczyła nam książkę "Edukacja domowa w Polsce" pod redakcją Marzeny i Pawła Zakrzewskich. Czyż to nie miłe?
Udało mi się także porozmawiać z panią od angielskiego i panią od religii oraz umówić z nimi na kontakt mailowy. Wróciliśmy do domu bardzo szczęśliwi i zadowoleni.
Teraz znowu jesteśmy chorzy, tym razem dzieci, więc wybaczcie mi spóźnienie z tym sprawozdaniem ;)
Pozdrawiamy wiosennie Wszystkich Miłych Czytelników!
Etykiety:
edukacja domowa,
egzaminy,
SP kl I-III,
sprawdzian,
w szkole
26 lutego 2011
Sprawdzian semestralny
Znowu się opuszczam w pisaniu wybaczcie.. Choróbska nas nie opuściły, ja znów (dwukrotnie), mąż raz, dzieci też po razie. W sumie ciągle ktoś jest chory. Ale odbija się to wyraźnie na moim pisaniu tutaj.. Mam 5 zaczętych postów, by tematów nie zapomnieć, ale one powoli się dezaktualizują.. Czas leci.
Dodatkowo zaskoczyła nas informacja, którą otrzymaliśmy drogą mailową 7 lutego, o sprawdzianie semestralnym zaplanowanym na 3 marca. Cóż lepiej późno niż wcale ;) Najpierw się ucieszyłam, ponieważ sama myślałam o takiej wcześniejszej weryfikacji naszego domowego uczenia się w szkole. Jednak później trochę się zdenerwowałam, ponieważ klasa Ani idzie innym torem nauki niż my. Tu z pomocą przyszedł mi mój ukochany małżonek stwierdzając, że będzie to taki test czy ED "działa". Przecież nie chodzi nam o to, by powielać materiał przerabiany w szkole, ale by go poszerzać i prowadzić w sposób autorski i dostosowany do ucznia. W związku z tym nasza praca wygląda inaczej niż ta w szkole. Często w trakcie lekcji "rodzi się " jakiś temat, za którym podążamy z Anią i nie zawsze zaplanowane na dany dzień ćwiczenia są wykonane. Podążam za tym co Anię pociąga, ponieważ chcę wykorzystać jej ciekawość i żywą uwagę do danego tematu w konkretnej chwili. Ma to na celu budzenia w niej ciekawości świata, która przecież jest czymś naturalnym i na pewno jest już obudzona, ważne by jej nie stłamsić.
Skutkuje to tym, że teraz się zastanawiam, czy fakt, iż nie przerobiłam podręcznika i zeszytu ćwiczeń do stron jakie zostały przerobione przez nauczyciela w szkole, sprawi, że Ania będzie miał problem na sprawdzianie..
Z drugiej strony, gdy sama spojrzę na to co nasza córeczka już potrafi to jestem zadowolona. Ania już pięknie czyta. Pomogły tu pewnie codzienne 15-minutówki czytania wieczorem z tatą (oprócz czytania w czasie lekcji ze mną, prawie każdego dnia). Ostatnio na tapecie jest "Pan Kuleczka" Wojciecha Widłaka. Ania już bez problemu czytała wszystkie teksty z podręcznika, ale gdy próbowaliśmy ją namówić do czytania (nie tylko przeglądania) innych książeczek, nie bardzo chciała, twierdziła np. że są za małe literki. Piętnastominutówki bardzo nam tu pomogły. Parę dni temu tata zasnął przy usypianiu Stasia, a ja miałam jeszcze stertę garów do pozmywania, więc nie było komu poczytać do kolacji, poradziłam Ani by sama sobie poczytała. I.. udało się! Ancia była tym bardzo podekscytowana, co chwilę do mnie krzyczała, "Mamo, mamo, zobacz już tyle przeczytałam! Już przeczytałam cała stronę! Jestem na drugiej!". W sumie przeczytała 4 strony tekstu z "Basi i Bożego Narodzenia". Chyba załapała bakcyla. Cieszę się :)
Z pisaniem w sumie nie ma też większych problemów, poza nie przerobieniem jeszcze wszystkich literek.. ekhym.. Chociaż przecież Ania je już zna, tylko nie pisałyśmy ich w ćwiczeniach szkolnych. Teraz trochę nadrabiamy. Dziś przerabiałyśmy "ś" i "si". Zostały nam: ć, ci, ź, zi, ń, ni, dź, dzi, dż by dogonić szkołę. Tylko czy warto robić to w tempie przyspieszonym (w związku z czym męczącym) "bo jest sprawdzian" ? Wydaje mi się, że nie.
Muszę córcię także pilnować, by w pisaniu była dokładna, ponieważ gdy Ani się nie chce, to łączenia literek są w opłakanym stanie, ale to jest kwestią ćwiczenia. W związku z czym ćwiczymy, ćwiczymy, ćwiczymy..
Jeśli chodzi o wiedzę ogólną czy przyrodniczą, to tym się nie martwię.
Z matmą jesteśmy do przodu. Matematykę Ania uwielbia i bardzo chętnie pisze wszelkie zadania, ćwiczenia etc. Popracować trzeba tylko oczywiście nad "kształtnością" cyferek.
Zatem 3 marca okażę się, na ile nasza edukacja domowa spełnia wymagania szkoły, do której jest zapisana Ania.
Niedługo, mam nadzieję, napiszę dokładniej co ciekawego (lub nie) robiliśmy w ostatnim czasie.
Dodatkowo zaskoczyła nas informacja, którą otrzymaliśmy drogą mailową 7 lutego, o sprawdzianie semestralnym zaplanowanym na 3 marca. Cóż lepiej późno niż wcale ;) Najpierw się ucieszyłam, ponieważ sama myślałam o takiej wcześniejszej weryfikacji naszego domowego uczenia się w szkole. Jednak później trochę się zdenerwowałam, ponieważ klasa Ani idzie innym torem nauki niż my. Tu z pomocą przyszedł mi mój ukochany małżonek stwierdzając, że będzie to taki test czy ED "działa". Przecież nie chodzi nam o to, by powielać materiał przerabiany w szkole, ale by go poszerzać i prowadzić w sposób autorski i dostosowany do ucznia. W związku z tym nasza praca wygląda inaczej niż ta w szkole. Często w trakcie lekcji "rodzi się " jakiś temat, za którym podążamy z Anią i nie zawsze zaplanowane na dany dzień ćwiczenia są wykonane. Podążam za tym co Anię pociąga, ponieważ chcę wykorzystać jej ciekawość i żywą uwagę do danego tematu w konkretnej chwili. Ma to na celu budzenia w niej ciekawości świata, która przecież jest czymś naturalnym i na pewno jest już obudzona, ważne by jej nie stłamsić.
Skutkuje to tym, że teraz się zastanawiam, czy fakt, iż nie przerobiłam podręcznika i zeszytu ćwiczeń do stron jakie zostały przerobione przez nauczyciela w szkole, sprawi, że Ania będzie miał problem na sprawdzianie..
Z drugiej strony, gdy sama spojrzę na to co nasza córeczka już potrafi to jestem zadowolona. Ania już pięknie czyta. Pomogły tu pewnie codzienne 15-minutówki czytania wieczorem z tatą (oprócz czytania w czasie lekcji ze mną, prawie każdego dnia). Ostatnio na tapecie jest "Pan Kuleczka" Wojciecha Widłaka. Ania już bez problemu czytała wszystkie teksty z podręcznika, ale gdy próbowaliśmy ją namówić do czytania (nie tylko przeglądania) innych książeczek, nie bardzo chciała, twierdziła np. że są za małe literki. Piętnastominutówki bardzo nam tu pomogły. Parę dni temu tata zasnął przy usypianiu Stasia, a ja miałam jeszcze stertę garów do pozmywania, więc nie było komu poczytać do kolacji, poradziłam Ani by sama sobie poczytała. I.. udało się! Ancia była tym bardzo podekscytowana, co chwilę do mnie krzyczała, "Mamo, mamo, zobacz już tyle przeczytałam! Już przeczytałam cała stronę! Jestem na drugiej!". W sumie przeczytała 4 strony tekstu z "Basi i Bożego Narodzenia". Chyba załapała bakcyla. Cieszę się :)
Z pisaniem w sumie nie ma też większych problemów, poza nie przerobieniem jeszcze wszystkich literek.. ekhym.. Chociaż przecież Ania je już zna, tylko nie pisałyśmy ich w ćwiczeniach szkolnych. Teraz trochę nadrabiamy. Dziś przerabiałyśmy "ś" i "si". Zostały nam: ć, ci, ź, zi, ń, ni, dź, dzi, dż by dogonić szkołę. Tylko czy warto robić to w tempie przyspieszonym (w związku z czym męczącym) "bo jest sprawdzian" ? Wydaje mi się, że nie.
Muszę córcię także pilnować, by w pisaniu była dokładna, ponieważ gdy Ani się nie chce, to łączenia literek są w opłakanym stanie, ale to jest kwestią ćwiczenia. W związku z czym ćwiczymy, ćwiczymy, ćwiczymy..
Jeśli chodzi o wiedzę ogólną czy przyrodniczą, to tym się nie martwię.
Z matmą jesteśmy do przodu. Matematykę Ania uwielbia i bardzo chętnie pisze wszelkie zadania, ćwiczenia etc. Popracować trzeba tylko oczywiście nad "kształtnością" cyferek.
Zatem 3 marca okażę się, na ile nasza edukacja domowa spełnia wymagania szkoły, do której jest zapisana Ania.
Niedługo, mam nadzieję, napiszę dokładniej co ciekawego (lub nie) robiliśmy w ostatnim czasie.
Etykiety:
edukacja domowa,
egzaminy,
SP kl I-III,
sprawdzian
16 października 2010
Trochę konkretów
Niektórzy nasi znajomi pytają zadają pytanie - ale jak to wygląda, czy przychodzi jakiś nauczyciel? I bardzo są zdziwieni, gdy im oznajmiamy, że nie, że to my uczymy Anię.. Jak to "wy uczycie?" brzmi następne pytanie. No tak, my. Tak sobie zatem pomyślałam, że cennym może być opis, co konkretnie robimy. Jak się uczymy, z jakich metod, materiałów, podręczników korzystamy. Gdy się nad tym zastanowiłam, jest tego sporo.
Korzystamy oczywiście z podręcznika. Takiego samego jak w szkole, powiem więcej, dokładnie takiego samego co w szkole i klasie Ani. Podręczniki mamy zatem (ku naszej radości, ponieważ takie też nam się podobały) Wydawnictwa Nowej Ery "Nowe już w szkole".
Nie potrafiłam sobie odmówić czytanek z Elementarza pana Mariana Falskiego :) Logika wprowadzania kolejnych literek jest tam tak cudownie stworzona, że Ania bez większych problemów czyta kolejne teksty i autentycznie jest zaciekawiona, co będzie dalej i nawet chce dłużej czytać niż to jest zaplanowane. Ja natomiast odczuwam wielką przyjemność w obcowaniu z tą książką.
Polecam również książki Marii Kownackiej "Razem ze słonkiem". Jest to seria składająca się z 6 części: Przedwiośnie, Wiosna, Lato, Złota jesień, Szaruga jesienna, Zima. Ania je uwielbia i stale do nich wracamy. Książeczki w bardzo ciekawy i prosty sposób opowiadają, o tym co dzieje się w faunie i florze w danej porze roku. W każdej części jest coś do poczytania, konkretna wiedza o przyrodzie, trochę ciekawostek i kącik małego majsterkowicza. Tworzymy własny ogródek i/lub kącik przyrody, mamy skrzynię skarbów (przyrodniczych oczywiście), jest też dział - bawimy się. Książeczki te pobudzają nas do ciekawych działań - o tym więcej w kolejnych postach.
Bardzo dobra pozycja, szkoda, że nie wznawiana. Prawdopodobnie przydałoby się jej zaktualizowanie, może przeredagowanie, aczkolwiek jak dla mnie można by ją wydać ponownie bez żadnych zmian.
Oczywiście wykorzystujemy też różne zeszyty, ćwiczenia, książeczki ze szlaczkami, literkami, kaligrafowaniem etc. Jest tego dużo na naszym rynku. Mam parę swoich ulubionych wydawnictw m.in.: Papilon i Aksjomat (wydający też ciekawe pisemko "Abecadło").
To są stałe punkty naszej szkoły. Są również punkty niecodzienne, pojawiające się częściej lub rzadziej w zależności od fantazji i potrzeb.
Mam tu na myśli wszelkie prace twórcze, ręczne, majsterklepkowate ;)
Lepimy z plasteliny, ciastoliny, masy solnej. Malujemy, rysujemy, wyklejamy, wycinamy.
Polecam Kirigami i oczywiście Origami (zapomniane przeze mnie ostatnio ale aktualnie odświeżane).
Robimy też lapbooki czyli książki na kolana. Uczymy się łaciny (ostatnio mniej). Zapoznajemy się z igłą i nitką, pleceniem bransoletek z muliny i tkaniem dywaników na krośnie dla początkujących (dywaników dla lalki Barbie ;)).
Są też prace sezonowe: próbujemy sadzić roślinki (jak na razie z marnym skutkiem, ale się nie poddajemy :)), suszymy kwiaty, tworzymy ludziki z kasztanów i żołędzi, robimy zabawki na choinkę (od dwóch tygodni Ania mnie męczy by już zacząć je robić, na co monotonnie odpowiadam - w listopadzie).
Naszą małą przygodą jest również teatr - szeroko rozumiany. W sierpniu Ania była na warsztatach Lalanny-Marianny i Cudaki-Dziwaki, gdzie przeżyła małą przygodę z tworzeniem kukiełek, marionetek i pacynek (już wiemy czym się różnią :) oraz pierwszymi publicznymi przedstawieniami. Kontynuacją tego tematu są zajęcia z grupą teatralną Stoneczka.Czasami robimy też teatrzyki w domu, ostatnio przedstawiałyśmy wariację Rzepki Tuwima Zamiast dziadka, babci i wnuczka były stworzone wcześniej figurki origami kotka i pieska oraz trzech żółwików. Było wesoło ;)
Jest jeszcze jeden temat: eksperymenty - fizyczne, chemiczne, przyrodnicze. Inspiracje czerpiemy z wielu źródeł. Internet jest tu oczywiście prawdziwym skarbem. Polecam oczywiście To tylko fizyka oraz A dlaczego?. Korzystamy również z książeczki Mary Stetten Carson "Zabawy z nauką" oraz serii Larousse'a "Moje pierwsze encyklopedie". Ta ostatnia była inspiracją naszych doświadczeń z halitem, ale o tym w innym poście :)
Korzystamy oczywiście z podręcznika. Takiego samego jak w szkole, powiem więcej, dokładnie takiego samego co w szkole i klasie Ani. Podręczniki mamy zatem (ku naszej radości, ponieważ takie też nam się podobały) Wydawnictwa Nowej Ery "Nowe już w szkole".
Nie potrafiłam sobie odmówić czytanek z Elementarza pana Mariana Falskiego :) Logika wprowadzania kolejnych literek jest tam tak cudownie stworzona, że Ania bez większych problemów czyta kolejne teksty i autentycznie jest zaciekawiona, co będzie dalej i nawet chce dłużej czytać niż to jest zaplanowane. Ja natomiast odczuwam wielką przyjemność w obcowaniu z tą książką.
Polecam również książki Marii Kownackiej "Razem ze słonkiem". Jest to seria składająca się z 6 części: Przedwiośnie, Wiosna, Lato, Złota jesień, Szaruga jesienna, Zima. Ania je uwielbia i stale do nich wracamy. Książeczki w bardzo ciekawy i prosty sposób opowiadają, o tym co dzieje się w faunie i florze w danej porze roku. W każdej części jest coś do poczytania, konkretna wiedza o przyrodzie, trochę ciekawostek i kącik małego majsterkowicza. Tworzymy własny ogródek i/lub kącik przyrody, mamy skrzynię skarbów (przyrodniczych oczywiście), jest też dział - bawimy się. Książeczki te pobudzają nas do ciekawych działań - o tym więcej w kolejnych postach.
Bardzo dobra pozycja, szkoda, że nie wznawiana. Prawdopodobnie przydałoby się jej zaktualizowanie, może przeredagowanie, aczkolwiek jak dla mnie można by ją wydać ponownie bez żadnych zmian.
Oczywiście wykorzystujemy też różne zeszyty, ćwiczenia, książeczki ze szlaczkami, literkami, kaligrafowaniem etc. Jest tego dużo na naszym rynku. Mam parę swoich ulubionych wydawnictw m.in.: Papilon i Aksjomat (wydający też ciekawe pisemko "Abecadło").
To są stałe punkty naszej szkoły. Są również punkty niecodzienne, pojawiające się częściej lub rzadziej w zależności od fantazji i potrzeb.
Mam tu na myśli wszelkie prace twórcze, ręczne, majsterklepkowate ;)
Lepimy z plasteliny, ciastoliny, masy solnej. Malujemy, rysujemy, wyklejamy, wycinamy.
Polecam Kirigami i oczywiście Origami (zapomniane przeze mnie ostatnio ale aktualnie odświeżane).
Robimy też lapbooki czyli książki na kolana. Uczymy się łaciny (ostatnio mniej). Zapoznajemy się z igłą i nitką, pleceniem bransoletek z muliny i tkaniem dywaników na krośnie dla początkujących (dywaników dla lalki Barbie ;)).
Są też prace sezonowe: próbujemy sadzić roślinki (jak na razie z marnym skutkiem, ale się nie poddajemy :)), suszymy kwiaty, tworzymy ludziki z kasztanów i żołędzi, robimy zabawki na choinkę (od dwóch tygodni Ania mnie męczy by już zacząć je robić, na co monotonnie odpowiadam - w listopadzie).
Naszą małą przygodą jest również teatr - szeroko rozumiany. W sierpniu Ania była na warsztatach Lalanny-Marianny i Cudaki-Dziwaki, gdzie przeżyła małą przygodę z tworzeniem kukiełek, marionetek i pacynek (już wiemy czym się różnią :) oraz pierwszymi publicznymi przedstawieniami. Kontynuacją tego tematu są zajęcia z grupą teatralną Stoneczka.Czasami robimy też teatrzyki w domu, ostatnio przedstawiałyśmy wariację Rzepki Tuwima Zamiast dziadka, babci i wnuczka były stworzone wcześniej figurki origami kotka i pieska oraz trzech żółwików. Było wesoło ;)
Jest jeszcze jeden temat: eksperymenty - fizyczne, chemiczne, przyrodnicze. Inspiracje czerpiemy z wielu źródeł. Internet jest tu oczywiście prawdziwym skarbem. Polecam oczywiście To tylko fizyka oraz A dlaczego?. Korzystamy również z książeczki Mary Stetten Carson "Zabawy z nauką" oraz serii Larousse'a "Moje pierwsze encyklopedie". Ta ostatnia była inspiracją naszych doświadczeń z halitem, ale o tym w innym poście :)
Etykiety:
edukacja domowa
29 września 2010
Jak zaczęła się nasza przygoda z ED?
W sumie już dosyć dawno, bo prawie rok temu, a może ponad rok temu... jakoś tak. Przekonali mnie do homeschoolingu nasi przyjaciele, Drogie Kumy :) - czyli Rodzice naszej chrześnicy Basieńki.
Muszę przyznać, że na początku bardzo nieufnie podchodziłam do tej metody. Zenuś był od razu na tak (generalnie, jeszcze niekoniecznie u nas w domu), ale ja miałam mnóstwo pytań, wątpliwości i obaw. W miarę upływu czasu i poznawania "o co w tym wszystkim chodzi" okazało się, że, mówiąc kolokwialnie, "gra jest warta świeczki" ;)
Dzisiaj patrzę na ED jako sposób bardzo twórczego rozwoju Anulki, wszechstronnego poznawania wiedzy, z możliwością jak najlepszego wykorzystania czasu, wręcz zaoszczędzenia go. Nauka w domu pozwala nam szeroko podchodzić do tematu, nie trzymać się ściśle programu, lecz móc wybiegać na przód lub wręcz w "tereny" nie zaplanowane dla przeciętnego poznawacza wiedzy. Na dodatek Ania ma czas by wyjść na dwór, pobawić się i porobić to na co ma ochotę, czyli być dzieckiem. Nie musimy stać w korkach, pędzić z jednych zajęć na drugie.
I ze spokojem sumienia zapisałam ją na dodatkowe zajęcia: teatr, instrumenty klawiszowe i angielski. Myślimy też o zuchach, ale zastanawiamy się czy nie poczekać z tym do przyszłego roku. Ach i dojdzie jeszcze pewnie basen.. Dużo.
Gdyby Ania tradycyjnie uczęszczała do szkoły i robiła to wszystko.. nie miałaby wolnego czasu. Na zabawę, wyszalenie się z koleżankami na dworze i bycie z nami. Bycie razem polegałoby pewnie tylko na wspólnym odrabianiu lekcji i spędzaniu czasu w samochodzie. A z czasem tylko na wspólnym staniu w korkach.. Wspólne oglądanie TV odpada, ponieważ takowego sprzętu nie posiadamy - podkreślam z wyboru. Mamy za to komputer, również niezły złodziej czasu.. ;)
Może trochę przesadzam z tym scenariuszem, ale mam podejrzenia, że przy realizacji tylu dodatkowych zajęć , tak by to mogło wyglądać. Są na pewno rodzice, którzy powiedzą, że to nie jest dużo zajęć. Słyszałam o dzieciach, które codziennie mają dodatkowe zajęcia, i przed szkołą i po szkole.. Cóż wszystko jest kwestią wyboru. Na szczęście taki mamy :)
Nie będę tu przytaczać szeregu argumentów za ED/HS/ND lecz wkleję link z Rzeczpospolitej: Obyś własne dzieci uczył :)
Po dokonaniu formalności w maju (czyli zgody dyrekcji szkoły oraz pozytywnej opinii psychologa) i pierwszych próbach w czerwcu, na poważnie zaczęłyśmy "Naszą szkołę domową" w sierpniu, z przerwami na wakacyjnych gości ;)
Anulka wiedząc o planach powstania bloga o ED prosiła bym dokumentowała jej poczynania i później wklejała na stronę, więc teraz z "lekkim" opóźnieniem będę uzupełniać opis/obraz naszych początków :) Będę to robić stopniowo, więc proszę o cierpliwość i wyrozumiałość :)
Muszę przyznać, że na początku bardzo nieufnie podchodziłam do tej metody. Zenuś był od razu na tak (generalnie, jeszcze niekoniecznie u nas w domu), ale ja miałam mnóstwo pytań, wątpliwości i obaw. W miarę upływu czasu i poznawania "o co w tym wszystkim chodzi" okazało się, że, mówiąc kolokwialnie, "gra jest warta świeczki" ;)
Dzisiaj patrzę na ED jako sposób bardzo twórczego rozwoju Anulki, wszechstronnego poznawania wiedzy, z możliwością jak najlepszego wykorzystania czasu, wręcz zaoszczędzenia go. Nauka w domu pozwala nam szeroko podchodzić do tematu, nie trzymać się ściśle programu, lecz móc wybiegać na przód lub wręcz w "tereny" nie zaplanowane dla przeciętnego poznawacza wiedzy. Na dodatek Ania ma czas by wyjść na dwór, pobawić się i porobić to na co ma ochotę, czyli być dzieckiem. Nie musimy stać w korkach, pędzić z jednych zajęć na drugie.
I ze spokojem sumienia zapisałam ją na dodatkowe zajęcia: teatr, instrumenty klawiszowe i angielski. Myślimy też o zuchach, ale zastanawiamy się czy nie poczekać z tym do przyszłego roku. Ach i dojdzie jeszcze pewnie basen.. Dużo.
Gdyby Ania tradycyjnie uczęszczała do szkoły i robiła to wszystko.. nie miałaby wolnego czasu. Na zabawę, wyszalenie się z koleżankami na dworze i bycie z nami. Bycie razem polegałoby pewnie tylko na wspólnym odrabianiu lekcji i spędzaniu czasu w samochodzie. A z czasem tylko na wspólnym staniu w korkach.. Wspólne oglądanie TV odpada, ponieważ takowego sprzętu nie posiadamy - podkreślam z wyboru. Mamy za to komputer, również niezły złodziej czasu.. ;)
Może trochę przesadzam z tym scenariuszem, ale mam podejrzenia, że przy realizacji tylu dodatkowych zajęć , tak by to mogło wyglądać. Są na pewno rodzice, którzy powiedzą, że to nie jest dużo zajęć. Słyszałam o dzieciach, które codziennie mają dodatkowe zajęcia, i przed szkołą i po szkole.. Cóż wszystko jest kwestią wyboru. Na szczęście taki mamy :)
Nie będę tu przytaczać szeregu argumentów za ED/HS/ND lecz wkleję link z Rzeczpospolitej: Obyś własne dzieci uczył :)
Po dokonaniu formalności w maju (czyli zgody dyrekcji szkoły oraz pozytywnej opinii psychologa) i pierwszych próbach w czerwcu, na poważnie zaczęłyśmy "Naszą szkołę domową" w sierpniu, z przerwami na wakacyjnych gości ;)
Anulka wiedząc o planach powstania bloga o ED prosiła bym dokumentowała jej poczynania i później wklejała na stronę, więc teraz z "lekkim" opóźnieniem będę uzupełniać opis/obraz naszych początków :) Będę to robić stopniowo, więc proszę o cierpliwość i wyrozumiałość :)
Etykiety:
edukacja domowa,
socjalizacja
24 września 2010
Tak, można!
Zgodnie z ustawą o systemie oświaty art. 16 ust. 7a. i 8. ustawy z dnia 7 września 1991 r. obowiązek szkolny dziecka może być spełniany poza szkołą. Czyli mówiąc prościej można swoje dzieci uczyć w domu. Zgodnie z prawem :)
Również zgodnie z Konstytucją Rzeczpospolitej Polskiej art. 48:
Rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Wychowanie to powinno uwzględniać stopień dojrzałości dziecka, a także wolność jego sumienia i wyznania oraz jego przekonania.
Zapraszam do najczęściej zadawanych pytań o ED tutaj.
A jak to wychodzi w praktyce? Zobaczymy :)
Postaram się dzielić na tym blogu naszym doświadczeniem.
Również zgodnie z Konstytucją Rzeczpospolitej Polskiej art. 48:
Rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Wychowanie to powinno uwzględniać stopień dojrzałości dziecka, a także wolność jego sumienia i wyznania oraz jego przekonania.
Zapraszam do najczęściej zadawanych pytań o ED tutaj.
A jak to wychodzi w praktyce? Zobaczymy :)
Postaram się dzielić na tym blogu naszym doświadczeniem.
Etykiety:
edukacja domowa,
przepisy prawne
Subskrybuj:
Posty (Atom)













