Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
"Uczenie się nie jest efektem nauczania.
Uczenie się jest efektem działania podejmowanego przez tego, który się uczy".
John Caldwell Holt
© Wszelkie prawa w zakresie kopiowania i upowszechniania zamieszczonych na tym blogu tekstów i zdjęć w celach publicznych są zastrzeżone. Teksty i zdjęcia nie mogą być publikowane i powielane bez pisemnej zgody autorki.
Jeśli chcesz coś skopiować proszę napisz do mnie: m.m.kosicka@gmail.com
Natomiast w zaciszu domowym ze wszelkich pomysłów, metod, sposobów korzystajcie proszę do woli :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sprawdzian. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sprawdzian. Pokaż wszystkie posty

17 sierpnia 2014

Egzaminy 2014 (kl.IV)

Tak sobie pomyślałam, że warto byłoby wspomnieć o egzaminach. To w końcu ważny dla homeschoolersów temat. No właśnie, ważny czy nieważny??
Z jednej strony bardzo. Jest to w końcu weryfikacja pracy naszych dzieci i też w tym sensie weryfikacja naszej pracy, ale z drugiej strony każdy sobie doskonale zdaje sprawę, że z egzaminami może być różnie. Nie jest łatwo ocenić pracę dziecka, jaką wykonywało przez cały rok, podczas jednego spotkania i sprawdzając jeden test. Bywa różnie..
Aczkolwiek, wiadomo, miło jest jak oceny są dobre. Myślę, że każdy rodzic sam widzi, jak nauka "idzie". Ważne by zachować złoty środek - nie przesadzić z wymaganiami ale też nie odpuszczać za bardzo. I tutaj kontakt ze szkołą i nauczycielami może być bardzo pomocny.
Od klasy pierwszej do klasy trzeciej Ania była zapisana do Szkoły Podstawowej Kolegium Św. Stanisława Kostki w Warszawie. Jednak kolegium rozbudowuje się  i szkoła podstawowa została zamknięta. Zostało liceum, a to jeszcze raczej nie dla nas ;). Musieliśmy więc zmienić szkołę.
Od początku naszej przygody z ED marzyła nam się szkoła państwa Sawickich i w zeszłym roku stwierdziliśmy, że nadszedł w końcu czas, by zapisać się do niej. Nie jest to trudne :) Jedynie nasza życiowa sytuacja (głównie zdrowotno-rozwojowa - że się tak wyrażę) nie bardzo sprzyjała zapisywaniu się do szkoły odległej od naszego pobytu zamieszkania. W zeszłym roku mogliśmy sobie w końcu na to pozwolić. I bardzo sobie tę zmianę chwalimy.

Pierwszy raz otrzymałam na początku roku szkolnego wymagania od nauczyciela dotyczące materiału przerabianego przez dziecko w ciągu całego roku szkolnego. Do tej pory "dostawałam" jedynie podstawę programową (którą każdy może sobie ściągnąć z internetu ze strony ministerstwa) oraz informację, co dzieci przerobiły w klasie z .. (uwaga) miesięcznym lub nawet kilku miesięcznym (w klasie II) opóźnieniem i to za dodatkową opłatą.. Więc otrzymanie szczegółowych wymagań na początku roku szkolnego i do tego bezpłatnie było dla mnie luksusem.
W Kśw.SK było bardzo miło i generalnie nie narzekaliśmy, zwłaszcza kontakt z "główną" nauczycielką panią Joanna był dla mnie bardzo cenny i pomocny. Niestety w klasie II pani Joanna była na zwolnieniu. I kontaktu ze szkołą prawie nie było. Mimo moich prób. Może zbyt nieśmiałych..
Na naszym pierwszym egzaminie otrzymaliśmy też od szkoły książkę "Edukacja domowa w Polsce" pod redakcją państwa Zakrzewskich. Jednak po doświadczeniach ze szkołą państwa Sawickich odczuliśmy wielką różnicę w naszym kontakcie ze szkołą (jako instytucją), na plus.

Na pewno nie bez znaczenia jest również fakt, iż w trakcie trwania naszej edukacji domowej, co raz bardziej zaczęłam interesować się pedagogiką Marii Montessori. I co raz więcej pracujemy jej metodami. Sprzyjała temu szczególnie przeprowadzka. Mamy teraz oddzielny pokój na szkołę - to jest wieeelki luksus. Można trzymać wszystkie pomoce naukowe (zeszyty, podręczniki, ksiąąążki, globusy, gry, układanki, karty naukowe, wykonywane prace, przybory tzw. szkolne itd. itp.) w jednym miejscu, a nie upychać ich po całym domu. Nie trzeba sprzątać stołu, gdy chcemy zasiąść do obiadu. Można wszystkie ściany oblepić pracami dzieci, mapami, rycinami, czy tym co akurat potrzebujemy do nauki. I jest gdzie ustawiać półki montessori. Do tej pory takiej możliwości nie mieliśmy. Półki co prawda mamy krótko i niewielkie (jeden niski regalik), bo pojawiły się w naszym domu już po egzaminach tegorocznych, ale w końcu są i bardzo nas cieszą.

Szkoła państwa Sawickich, która jest Szkołą Montessori, również pomogła mi rozwinąć tutaj żagle. Dodała mi odwagi. Możliwość popracowania w profesjonalnej pracowni (i zobaczenia takiej) była również wielką inspiracją i wyzbyła mnie trochę z kompleksów. Znalazły się tam również pomoce, które mamy i z którymi pracujemy - to było fajne uczucie, że nie jest z nami tak źle ;)
Oczywiście było też mnóstwo, z którymi nawet nie mam pojęcia jak się pracuje.. :)

Egzaminy u Państwa Sawickich to taki specjalny czas. Dla nas były też formą rodzinnych wakacji. Pojechaliśmy wszyscy razem trzy dni przed rozpoczęciem egzaminów, by móc się zaaklimatyzować i by uczestniczyć w zjeździe rodzin ED. Atmosfera jest tam przemiła i bardzo serdeczna. Kontakt z nauczycielami był dla mnie bardzo owocny, podpatrywanie ich pracy również. Byliśmy zakwaterowani w jednej z podstawówek państwa Sawickich i mieliśmy możliwość uczestniczyć w zabawach z okazji Dnia Dziecka oraz (jak już pisałam) skorzystać z pracowni Montessori. Niektóre materiały mogłam zobaczyć po raz pierwszy w życiu. Dotknąć i popróbować to nie to samo, co poczytać o tym w internecie i obejrzeć zdjęcia, czy nawet film.
Ania na części egzaminów była ze mną, a na części z tatą. Ale nie wchodziliśmy z nią do sali. Wyjątkiem był język angielski, ale podczas pisania testu wyszliśmy z klasy, bo wyraźnie nasza (czyli moja i Stasia) obecność rozpraszała naszą czwartoklasistkę. Po każdym egzaminie mogliśmy porozmawiać z nauczycielem danego przedmiotu. I były to bardzo miłe i inspirujące, ale też rzeczowe i szczere rozmowy. Za co serdecznie dziękuję, gdyby komuś z kadry od Państwa Sawickich zdarzyło się zawitać w naszych skromnych blogowych progach. Córka była również zadowolona po egzaminach i to chyba najważniejsze. Oceny oraz informacje zwrotne też były bardzo dobre. To jeszcze milsze ;) Możemy się więc pochwalić czerwonym paskiem. Brawo Aniu!
Oczywiście przed egzaminami okropnie się bałam. Ania na szczęście wcale.
Mi - jak zwykle - wydawało się, że za mało pracowałyśmy (w tym roku z racji przeprowadzki i pojawienia się pod moim sercem Krzysia zdarzały się dłuższe przerwy w naszej domowej nauce..). Co roku kupujemy podręczniki. Są one dla mnie takim szkieletem, na którym mogę się oprzeć i pomocą, gdy mam mniej czasu i jestem mniej kreatywna w organizowaniu "szkoły". Ale jak do tej pory jeszcze nigdy nie zdarzyło nam się ich przerobić w takim dosłownym sensie, jak w szkole. Tzn. żeby wypełnić wszystkie ćwiczenia i przerobić wszystkie polecenia z podręcznika. Wybieramy to, co nas interesuje. Poza tym robimy mnóstwo innych ciekawych (cennych i ważnych ale też zupełnie banalnych) rzeczy niekoniecznie zgodnych z podstawą programową, ale zgodnych z potrzebami moich dzieci. Staram się to pogodzić i w szkole montessori (do której jesteśmy teraz zapisani) jest to możliwe. Bałam się, że tak nie będzie. I kiedy parę tygodni przed egzaminami przeglądałam podręczniki, byłam załamana. Wydawało mi się, że tak niewiele zrobiłyśmy.. Trzeba było wziąść głęboki oddech i przestać panikować ;)
Gdy zaczęłyśmy zbierać z córcią jej przeróżne prace (lapbooki, wyklejanki, plakaty, prezentacje multimedialne), zrobiła się z tego pokaźna kupka. Na egzaminach ustnych Ania mogła je zaprezentować. Były też one świetnym wyjściem do rozmowy i na pewno ją ułatwiały. Warto więc zabierać swoje prace na takie sprawdziany.
Egzaminy z każdego przedmiotu składają się z dwóch części: ustnej i pisemnej. Wyglądają różnie. Bałam się historii. Na egzaminie pisemnym dzieci dostawały 20 otwartych pytań i czystą kartkę A4, na której miały napisać odpowiedzi. Na ustnym rozmowa. Język polski był bardziej nam "znany", ponieważ był to klasyczny test na rozumienie czytanego tekstu (taki mniej więcej jak w klasach 1-3 w zwykłej szkole) oraz trzy pytania do wylosowania na ustnym. Podobnie wyglądała matematyka. Test pisemny, a później rozmowa dotycząca testu. Z przyrody należało wybrać 5 bloków tematycznych z 15. Ania wybrała pierwsze pięć, ponieważ głównie pod ich kątem się przygotowywałyśmy. Plus rozmowa na ustnym. Do angielskiego zupełnie się nie przygotowywałyśmy. Ania chodzi na zajęcia do szkoły Early Stage i zupełnie świadomie nie robiłam z nią żadnych powtórek pod kątem egzaminu w szkole. To był więc taki egzamin zarówno dla naszej szkoły angielskiego, jak i dla Ani. Zdany na 5, ku mojej radości. Pozostałe przedmioty również na 5 (a na ustnej historii nawet 6). Oprócz matematyki..
I tutaj muszę się pokajać. Bo to ewidentnie moja wina. Trudno jest rozwiązywać zadania z czegoś, czego się nie przerobiło.. Ponieważ, jak i w innych przedmiotach, dawałam Ani swobodę wybierania tematu, którego będziemy się uczyć, nie przerabiałyśmy wszystkiego zgodnie z kolejnością w podręczniku. I przy tym przedmiocie był to jednak błąd. Do dzielenie pod kreską najzwyczajniej w świecie nie dotarłyśmy.. Dużo czasu zajęły nam ułamki i geometria. Myślałam, że pójdą szybciej. I na dzielenie pisemne czasu zabrakło. Więc z matematyki mamy ocenę dobrą. Matematyka nie jest też moją mocną stroną. Zdecydowanie jestem humanistką z zacięciem przyrodnika. Na szczęście pedagogika montessori wychodzi nam tutaj również na przeciw, by pomóc wszystko uporządkować. Ale o tym w innym poście.
Podsumowując te moje chaotyczne przemyślenia. Z egzaminów (i ocen) jetem bardzo zadowolona. Brawo Aniu - to Twoja zasługa takie piękne stopnie. Dzięki rozmowom z nauczycielami wiem już, jak się uczyć w kolejnych klasach i nie przeraża mnie to. Bardzo cenne były również dla mnie rozmowy z innymi rodzicami spotkanymi podczas wyjazdu, ale zwłaszcza zakwaterowanymi z nami. Agnieszko - Tobie szczególnie dziękuję za wszystkie rozmowy i towarzystwo.
Mogliśmy też poznać Olę i Marcina - to niesamowici ludzi z wielką ilością pozytywnej energii, która udziela się całemu otoczeniu. Powinnam wymienić tutaj wszystkich nauczycieli. Bo w tej szkole nikt nie jest przypadkowy. Bardzo to widać i czuć.
Był to również dobry czas dla nas wszystkich. Mogliśmy połazić po górach i pozwiedzać Beskid Żywicki. Pierwszy raz byliśmy w tych okolicach całą rodziną.
Znalazłam również chwilę na moją zaniedbaną pasję - fotografowanie.

Dla chętnych wrzucam link do małego fotoreportażu z naszego wyjazdu:
Beskid Żywiecki 2014


15 marca 2012

Semestralny i Kraków

Miałam pisać o Krakowie, ale najpierw powinnam napisać o kolejnym sprawdzianie semestralnym Ani. Odbył się on 17 lutego. Wybaczcie ciut spóźnioną relację.

To był ciężki tydzień dla Ani. W poniedziałek (13.02) miała pisemny egzamin (też semestralny) z angielskiego, w środę (15.02) ustny z tegoż samego, a w piątek (17.02) ten wyczekiwany półroczny egzamin w szkole (edukacja polonistyczna, przyrodniczo-społeczna i matematyczna). Mogę tylko opisać relację Ani i Taty, ponieważ ja zostałam w domu z Maluchami.
Jak zwykle było bardzo miło, Ania mogła tego dnia uczestniczyć normalnie w lekcjach całej klasy. Test zatem pisała razem z innymi dziećmi. Z matmy miała dwa błędy w obliczeniach (ocena: 5), a w polskim wszystko dobrze oprócz jednego zadania (ocena: 4,5).
A to przez mamę.. która źle dziecko nauczyła. Taa..
Mama ma tendencję do przekombinowywania (stety/niestety) i z prostego ćwiczenia zrobiła jakiegoś dziwoląga. Dostaliśmy wcześniej test próbny ze szkoły i w jednym z zadań chodziło o przymiotniki i liczbę mnogą, a ja sobie zrobiłam z tego odmianę rzeczownika. Hihi jak o tym teraz myślę, to śmiać mi się chce, ale prawda jest taka, że nie zrozumiałam polecenia. No nic. Człowiek uczy się na błędach. Pani Anię pochwaliła. Kaligrafia się poprawiła, a ponoć czytanie ze zrozumieniem i rysowanie na szóstkę zostało ocenione. Jestem więc zadowolona, bo błędów moich nie liczę, a z przymiotnikami i liczbą mnogą kochana córka na szczęście problemów nie ma.
Ania wróciła ze szkoły bardzo szczęśliwa, opowiadając głównie o szczurze, którego mogła potrzymać (dzieci hodują w klasie myszki i szczury) i który ją zadrapał w ręką. Teraz ciągle nas męczy, żebyśmy zgodzili się na myszoskoczka. Ale naprawdę nie ma gdzie go u nas trzymać :(. Obiecałam jej w lecie ponowną hodowlę ślimaków i dżdżownic (też nie dałam rady opisać tego na blogu.. może w tym roku to nadrobimy ).
Egzaminów jakoś szczególnie nie przeżywała, to tylko ja się zamartwiałam (jak zwykle). Dzieci są na szczęście mądrzejsze :)
Z angielskiego natomiast nasza pociecha dostało dwie szóstki (z ustnego nawet z wykrzyknikiem).
Może jeszcze dodam, że szkołę generalnie mamy domową ale angielskiego Ania uczy się w Early Stage, też jest tam w II klasie. Szkołę polecam. Jesteśmy z niej bardzo zadowoleni. Z moją wymową nigdy bym nie osiągnęła takich efektów, a ta placówka jest bardzo nowatorska i dobra metodycznie.
I tak przy okazji gdybyście oglądali film dokumentalny ze strony głównej Early Stage, to można tam zobaczyć także naszą Anię (minuta 1:28 oraz 9:08), tyle że z zeszłego roku ;)

A w ostatnią niedzielę karnawału (19.02) po ciężkiej pracy odbył się zasłużony.. bal!
W Dobrym Miejscu :)



Późno już, więc o wyprawie do Krakowa będzie w kolejnym poście.




19 lipca 2011

Rok szkolny 2010/2011 zakończony. A wakacje już za pasem..

Witajcie po długiej przerwie. Stwierdziłam dzisiaj, że chyba zacznę pisać chociaż po parę zdań, bo jak tak dalej będę czekać na "odpowiedni czas" to nigdy to nie nastąpi..

Rok szkolny zakończyliśmy pięknie w czerwcu.
Jestem bardzo dumna z naszej Anusi (brawo Kochanie!). Egzamin semestralny odbył się na początku czerwca pisany razem z całą klasą oraz  pozostałymi dwiema dziewczynkami, również uczącymi się w domu. Jak zwykle w naszej Szkole było niezmiernie miło i sympatycznie. Polecam ją wszystkim edukującym domowo rodzicom. I tym szukającym dobrej szkoły również. Do Kolegium św. Stanisława Kostki naprawdę warto posłać swoje dziecko. Nie tylko ze względu na patrona ;)
Egzamin wyglądał podobnie jak semestralny: była część matematyczna i polonistyczno-przyrodniczo-społeczna oraz religia. Angielskiego w końcu nie było. A szkoda. Angielski więc Ania zdawała tylko w Early Stage, gdzie chodzi na zajęcia również do klasy pierwszej.
W części matematycznej miała Ania 3 błędy w liczeniu i jeden z określaniem stron lewa/prawa, w polskim zjadała literki - ale ocena ostateczna była bardzo dobra, z religii celująca. Więc generalnie super. Atmosfera przemiła. Dziewczynki mogły cały dzień spędzić z klasą uczestnicząc we wszystkich zajęciach. Klasa nie jest zbyt duża, liczy 11 dzieci + 3 dziewczynki w ED. W tym czasie my rodzice mogliśmy sobie sympatycznie gawędzić w pokoju nauczycielskim - gdzie dostaliśmy do dyspozycji ogromny stół, kawę, herbatę, ciasteczka. Mogły też być z nami nasze młodsze pociechy. My z tej opcji zrezygnowaliśmy zostawiając Stasia z babcią, ale pozostałe rodziny zabrały całą swą dziatwę, było wesoło :)
Na zakończeniu roku szkolnego - na który wybraliśmy się już cała rodziną - również było bardzo sympatycznie. Zachwycałam się małymi muzykami, którzy mieli swoje koncerty - byli przedstawiciele każdej z klas, jedni grali na skrzypcach, inni na fortepianie. Były też występy recytatorskie i teatralne. Jednak to muzyczna część najbardziej podobała się Stasiowi. Nasze serca też porywając. Później nastąpiło uroczyste rozdanie nagród za udział w szkolnych konkursach, wreszcie świadectwa i dyplomy. Nasza córeczka otrzymała dyplom "Bardzo dobrego ucznia" - była to dla nas bardzo miła niespodzianka - oraz książkę "Wielcy odkrywcy. Sylwetki największych podróżników i badaczy".

W między czasie odbyła się również bardzo ważna dla nas uroczystość - I Komunia Święta Ani (we czwartek 9.06). Nie było kameralnie, ponieważ Ancia przyjmowała po raz pierwszy Pana Jezusa razem z innym dziećmi z naszej parafii, jednak my obchodziliśmy tę uroczystość skromnie, w gronie tylko najbliższej rodziny i chrzestnych Ani. Nie było również prezntów z tej okazji. Świadomie zrezygnowlaiśy z tej całej otoczki, chcąc skupić się na tym co istotne. Prezenty bardzo proszę ale na imieniny, urodziny czy inne tego typu okazje :)
Chociaż jeden ważny prezent był.. Ania dostała od nas Biblię Jerozolimską, w pełni swoją, całą, już taką "dla dorosłych", a nie dla dzieci czy młodzieży. Ania był bardzo szczęśliwa.
Nasz proboszcz chcąc by dzieci w pełni mogły przeżyć ten moment, już od paru (a może nawet dłużej) lat organizuję I Komunię Świętą w trochę odmienny sposób. Pierwszy raz dzieci przyjmują Pana Jezusa we czwartek, bez fleszy, kamer i gości, tylko w gronie najbliższej rodziny, a uroczyste (już 4 z kolei) przyjęcie Pana Jezusa z zebraną całą rodziną, kamerzystami, fotografami etc. w niedzielę. Czwartek to był piękny moment, wzruszyłam się bardzo. Ponieważ Anulka była najmłodsza, więc i najniższa (dzieci były ustawiane wg. wzrostu) Pana Jezusa przyjmowała jako pierwsza. Natomiast niedziela to było trudne doświadczenie, czułam się jak na pokazie celebrytów.. W Kościele nie było gdzie szpilki wcisnąć. Ciężko było się skupić, niektórym dziewczynkom robiło się słabo. Tym bardziej jestem wdzięczna ks. Proboszczowi za ten inny sposób przeprowadzenia tej ważnej uroczystości.
Zdjęcia z niedzieli 12.06 :)





Potem było święto Bożego Ciała, w którym Ania uczestniczyła z wielką radością w inny niż zwykle sposób. Tym razem sypała kwiatki przed Panem, zwykle je zbierała.. ;).
Dla dzieci przygotowujących się na ten moment polecam książeczkę "Dzieci odkrywają Boże Ciało" Andrzeja Sochackiego. Znaliśmy już wcześniej równie świetną pozycję tego autora "Dzieci odkrywają Wielkanoc". Polecam.

Na początku lipca wyjechaliśmy na Mazury nad jezioro Pluski. Głównie padało, ale i tak było fajnie.
Czekają nas również kolejne wojaże, ale nie wszystko na raz. O tym napiszę innym razem. Czas spać. Mam nadzieję, że uda mi się również podzielić z Wami tym, co robiliśmy w ciągu drugiego semestru i w czasie wakacji bardziej szczegółowo.
Teraz pozdrawiamy ciepło!
ps. Antosia spodziewamy się ujrzeć twarzą w twarz w połowie października :)
ps2. nawet sporo tych zdań wyszło ;)

22 marca 2011

Sprawdzian - zaliczony!

I to na poziomie - cytuję - wysokim :) Ania pisała dwa testy. Jeden z matematyki, czyli ładnie mówiąc z zakresu edukacji matematycznej. Drugi z zakresu edukacji polonistycznej  i przyrodniczo-społecznej. Z matmy na 19 pkt Ania zdobyła 18,5, a z polskiego na 16 pkt miała 15,5. Tak więc merytorycznie bardzo dobrze, poćwiczyć musimy kaligrafię.
Ach, jesteśmy dumni :))))
Możemy się jeszcze pochwalić, iż zadanie z wiedzy przyrodniczej Ania zrobiła ponoć jako jedyna z dzieci poprawnie :)
Opiszę jeszcze szczegółowo, jak to wszystko wyglądało, ponieważ wiem, iż są zainteresowane tym osoby. Normalnie tzn. gdybyśmy zjawili się w terminie, Anulka pisała by razem z innymi dziećmi w klasie. Ponieważ pisanie przy prowadzonych zajęciach rozpraszało by Anię, nasza (przemiła) pani wychowawczyni zaprosiła nas do (prawie cały czas pustej) świetlicy. Mogliśmy tam sobie spokojnie usiąść. Chcieliśmy Anię zostawić samą z panią, ale mała chciała bym została z nią. Wychowawczyni nie miała nic przeciwko temu, więc mogłam sobie siedzieć i obserwować. Zenuś poszedł na spacer :) Anulka zaczęła od części matematycznej. Następnie pani zapytała się Ani czy chce mieć przerwę. Ponieważ Ania lubi bardzo matematykę i najwyraźniej nie zmęczyła się pierwszym testem, nie zdecydowała się na przerwę. Następna była czytanka. Była to dla nas nowa czytanka, chociaż powinnyśmy mieć już ją przerobioną, gdybyśmy szły równo z klasą. A jak wiecie, tak nie było. Na stwierdzenie pani, że pewnie Ania już ją zna (czytankę) pokręciłam głową. Wobec tego nauczycielka chciała zmienić tekst na inny, ale powiedziałam, że nie ma takiej konieczności, a Ancia po prostu zaczęła czytać. Potem się zastanawiałam czy dobrze zrobiłam, bo opowiadanie było dosyć trudne. Czytanka była pt. "W Białowieży". Mała miała problem z dwoma słowami, ale generalnie przeczytała ładnie i prawidłowo odpowiedziała na pytania dotyczące treści. Następnie była krótka przerwa, ok 10 min. Kolejnym zadaniem było pisanie z pamięci. Pani napisała na tablicy dwa zdania, które parokrotnie Ani przeczytała. Ania miała się im przyglądać i zapamiętać je. Gdy była już gotowa, pani starła zdania i wtedy Ania już z pamięci miała je zapisać na kartce, co też uczyniła prawidłowo. Pomijam kaligrafię.. Później był test polonistyczny. W trakcie jego pisania Ania miała ku swej wielkiej radości drugą małą przerwę (wynikającą bardziej z sytuacji, ponieważ pani musiała na chwilę wyjść). Na koniec było pisanie ze słuchu. Pani przeczytała Ani parokrotnie dwa zdania, których Ania nie widziała, tylko mogła słyszeć. Następnie gdy Ania była już gotowa, miała zapisać je na kartce.
Wszystko trwało godzinę i przebiegało w bardzo miłej i serdecznej atmosferze. Ania parę razy zwracała się do mnie ze swoimi wątpliwościami, ale nic jej nie pomagałam, tylko odsyłałam ją do wychowawczyni (dlatego właśnie wolałam Anię zostawić samą, by nie skupiać na sobie jej uwagi). Pod koniec sprawdzianu Ania zwracała się już tylko do pani, zagadując ją również na inne tematy. Wychowawczyni zaraz po napisaniu wszystkiego przez Anię szybko sprawdziła testy i mogła nam udzielić informacji zwrotnej. Tak jak już pisałam, popracować musimy nad kaligrafią. Zdajemy sobie z tego sprawę już od jakiegoś czasu, ale bardzo ciężko jest Anię zagonić do pisania (a robimy to codziennie). Zauważyłam też, że Ania nieprawidłowo trzyma ołówek, ale nic nie udawało mi się z tym zrobić. Na dodatek okazało się, że Zenuś trzyma długopis tak samo, więc rodzina stwierdziła, że się czepiam. I tu z pomocą przyszła mi pani wychowawczyni, potwierdzając moje spostrzeżenia i podpowiadając, iż są specjalne nakładki na ołówki pomagające prawidłowo układać palce. Zalecała też ćwiczenie palców innymi metodami: lepienie plasteliny, ciastoliny, wszelkie prace ręczne, nawlekanie etc. Na zakończenie pani wychowawczyni wręczyła nam książkę "Edukacja domowa w Polsce" pod redakcją Marzeny i Pawła Zakrzewskich. Czyż to nie miłe?
Udało mi się także porozmawiać z panią od angielskiego i panią od religii oraz umówić z nimi na kontakt mailowy. Wróciliśmy do domu bardzo szczęśliwi i zadowoleni.

Teraz znowu jesteśmy chorzy, tym razem dzieci, więc wybaczcie mi spóźnienie z tym sprawozdaniem ;)

Pozdrawiamy wiosennie Wszystkich Miłych Czytelników!

26 lutego 2011

Sprawdzian semestralny

Znowu się opuszczam w pisaniu wybaczcie.. Choróbska nas nie opuściły, ja znów (dwukrotnie), mąż raz, dzieci też po razie. W sumie ciągle ktoś jest chory. Ale odbija się to wyraźnie na moim pisaniu tutaj.. Mam 5 zaczętych postów, by tematów nie zapomnieć, ale one powoli się dezaktualizują.. Czas leci.
Dodatkowo zaskoczyła nas informacja, którą otrzymaliśmy drogą mailową 7 lutego, o sprawdzianie semestralnym zaplanowanym na 3 marca. Cóż lepiej późno niż wcale ;) Najpierw się ucieszyłam, ponieważ sama myślałam o takiej wcześniejszej weryfikacji naszego domowego uczenia się w szkole. Jednak później trochę się zdenerwowałam, ponieważ klasa Ani idzie innym torem nauki niż my. Tu z pomocą przyszedł mi mój ukochany małżonek stwierdzając, że będzie to taki test czy ED "działa". Przecież nie chodzi nam o to, by powielać materiał przerabiany w szkole, ale by go poszerzać i prowadzić w sposób autorski i dostosowany do ucznia. W związku z tym nasza praca wygląda inaczej niż ta w szkole. Często w trakcie lekcji "rodzi się " jakiś temat, za którym podążamy z Anią i nie zawsze zaplanowane na dany dzień ćwiczenia są wykonane. Podążam za tym co Anię pociąga, ponieważ chcę wykorzystać jej ciekawość i żywą uwagę do danego tematu w konkretnej chwili. Ma to na celu budzenia w niej ciekawości świata, która przecież jest czymś naturalnym i na pewno jest już obudzona, ważne by jej nie stłamsić.
Skutkuje to tym, że teraz się zastanawiam, czy fakt, iż nie przerobiłam podręcznika i zeszytu ćwiczeń do stron jakie zostały przerobione przez nauczyciela w szkole, sprawi, że Ania będzie miał problem na sprawdzianie..
Z drugiej strony, gdy sama spojrzę na to co nasza córeczka już potrafi to jestem zadowolona. Ania już pięknie czyta. Pomogły tu pewnie codzienne 15-minutówki czytania wieczorem z tatą (oprócz czytania w czasie lekcji ze mną, prawie każdego dnia). Ostatnio na tapecie jest "Pan Kuleczka" Wojciecha Widłaka. Ania już bez problemu czytała wszystkie teksty z podręcznika, ale gdy próbowaliśmy ją namówić do czytania (nie tylko przeglądania) innych książeczek, nie bardzo chciała, twierdziła np. że są za małe literki. Piętnastominutówki bardzo nam tu pomogły. Parę dni temu tata zasnął przy usypianiu Stasia, a ja miałam jeszcze stertę garów do pozmywania, więc nie było komu poczytać do kolacji, poradziłam Ani by sama sobie poczytała. I.. udało się! Ancia była tym bardzo podekscytowana, co chwilę do mnie krzyczała, "Mamo, mamo, zobacz już tyle przeczytałam! Już przeczytałam cała stronę! Jestem na drugiej!". W sumie przeczytała 4 strony tekstu z "Basi i Bożego Narodzenia". Chyba załapała bakcyla. Cieszę się :)
Z pisaniem w sumie nie ma też większych problemów, poza nie przerobieniem jeszcze wszystkich literek.. ekhym.. Chociaż przecież Ania je już zna, tylko nie pisałyśmy ich w ćwiczeniach szkolnych. Teraz trochę nadrabiamy. Dziś przerabiałyśmy "ś" i "si". Zostały nam: ć, ci, ź, zi, ń, ni, dź, dzi, dż by dogonić szkołę. Tylko czy warto robić to w tempie przyspieszonym (w związku z czym męczącym) "bo jest sprawdzian" ? Wydaje mi się, że nie.
Muszę córcię także pilnować, by w pisaniu była dokładna, ponieważ gdy Ani się nie chce, to łączenia literek są w opłakanym stanie, ale to jest kwestią ćwiczenia. W związku z czym ćwiczymy, ćwiczymy, ćwiczymy..
Jeśli chodzi o wiedzę ogólną czy przyrodniczą, to tym się nie martwię.
Z matmą jesteśmy do przodu. Matematykę Ania uwielbia i bardzo chętnie pisze wszelkie zadania, ćwiczenia etc. Popracować trzeba tylko oczywiście nad "kształtnością" cyferek.
Zatem 3 marca okażę się, na ile nasza edukacja domowa spełnia wymagania szkoły, do której jest zapisana Ania.

Niedługo, mam nadzieję, napiszę dokładniej co ciekawego (lub nie) robiliśmy w ostatnim czasie.