Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
"Uczenie się nie jest efektem nauczania.
Uczenie się jest efektem działania podejmowanego przez tego, który się uczy".
John Caldwell Holt
© Wszelkie prawa w zakresie kopiowania i upowszechniania zamieszczonych na tym blogu tekstów i zdjęć w celach publicznych są zastrzeżone. Teksty i zdjęcia nie mogą być publikowane i powielane bez pisemnej zgody autorki.
Jeśli chcesz coś skopiować proszę napisz do mnie: m.m.kosicka@gmail.com
Natomiast w zaciszu domowym ze wszelkich pomysłów, metod, sposobów korzystajcie proszę do woli :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą owady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą owady. Pokaż wszystkie posty

27 listopada 2014

Bliskie spotkania z.. biedronką! Przyrodniczo i matematycznie :) Owady cz.V

Kolejnym zwierzątkiem, jakie wzięliśmy na tapetę była biedronka. Są to jedne z pierwszych owadów, które nas witają na wiosnę (poza muchami) i jedne z ostatnich, które żegnają na jesieni (poza muchami).
Bardzo je lubimy (poza muchami.. ;)). Zawsze wywołują okrzyk radości i wszyscy u nas zbiegają się, by zobaczyć te małe stworzenia.
Tak było i tym razem. Zrywając w październiku ostatnie ogrodowe winogrona przyniosłam wśród niech do domu również biedronkę. O mało jej nie zjadłam.. ups ;)

Ponieważ karty do nauki o biedronkach miałam przygotowane (dzięki uprzejmości jednej z mam również edukujących domowo :)), pierwsza "lekcja" odbyła się jeszcze tego samego dnia. Nasz stawonóg trafił do "terrarium" i zaczęło się oglądanie.
Radości było dużo, ponieważ miałam też niespodziankę dla dzieci w postaci wielkiej lupy. Kilka dni wcześniej wypatrzyłam ją w Lidlu i jeszcze jej nie używaliśmy.






Po oględzinach zapoznaliśmy się z budową biedronki. Okazało się, że głowa jest mniejsza niż myśleliśmy. Zaliczaliśmy bowiem do głowy tułów, a tułów myliliśmy z odwłokiem ;)
Dzieci nauczyły się również, że wierzchnia para skrzydeł to nie są skrzydła, a pokrywy :)
Po poprawnym nazwaniu części ciała biedronki, nastąpiły kolejne oględziny.






Następnie zapoznaliśmy się z niektórymi gatunkami biedronek.



Oprócz winogron, daliśmy biedronce do jedzenia listki nasturcji, które zasadziły dzieci, z biedronkowym przysmakiem, czyli z mszycami. Oblazły nam całe kwiatki niestety. Nasza mała przyjaciółka nie była nimi zainteresowana. Może nie była głodna? ;)





Dwa dni później wróciliśmy do tematu. Przypomnieliśmy sobie, jak zbudowany jest nasz chrząszcz, korzystając z kart i już sztucznego owada. Opowiedziałam też dzieciom o cyklu życiowym tego stawonoga. Następnie obejrzeliśmy krótki amatorski film przyrodniczy, pokazujący jak biedronka przechodzi ze stadium larwy do imago. Budził on w dzieciach mieszane uczucia..
Film (klik).
Znajduje się on na stronie
http://www.dzieciecafizyka.pl/przyroda/zwierzeta/biedronka/biedronka.html


Kolejnym etapem było samodzielne przygotowanie cyklu życiowego biedronki.
Przygotowałam taki oto zestaw do pracy: klej, nożyczki, wizerunki stadiów życiowych biedronki oraz schemat cyklu życiowego.




Towarzystwo zabrało się do pracy :)










Dzień wcześniej udało nam się wybrać w końcu do fryzjera, co widać na zdjęciach ;))
Tworząc cykle życiowe naszego chrząszcza ćwiczyliśmy motorykę małą - wycinanie, przyklejanie, pisanie. Istotne zwłaszcza dla chłopców ;) 
Dzieci zażyczyły sobie również plastelinę, by ulepić dorosłą biedronkę, 
jak to robiliśmy w przypadku mrówek (klik).





Oto efekty pracy Małych Kosików :)








Dzieci były bardzo twórcze.
Antoś niestety wyprzedził mnie 
i wszystkie dzieła nie doczekały się sfotografowania w ich pierwotnej formie.. :(

Do ściągnięcia schemat i miniatury :)

Tak wygląda nasz biedronkowy kącik :)



By wykorzystać tego owada również do nauki liczenia,
wydrukowałam różne karty z liczbami i biedronką ze strony

Bardzo różnorodnie z nimi pracowaliśmy. Rozpoczął Staś.
Na początek wykorzystaliśmy Biedronkę na liściu z liczbą od 1 do 20 (klik).

Staś ułożył szorstkie cyfry i dopasował do nich liczby.



Ponieważ już dosyć sprawnie liczy do 100, odliczanie do 10 to zdecydowanie za mało. W ruch poszły kolorowe schodki i złote perełki Montessori. Utrwalaliśmy tzw. "nastki".


Antoś ćwiczył liczenie kropek na dużej biedronce o takiej:
Liczymy kropki na biedronce (klik)
Układał kropki, następnie dopasowywał do nich odpowiednią liczbę na liściu z biedronką. 
Na koniec wskazywał daną ilość kropek jeszcze raz na karcie kontrolnej i głośno ją wymawialiśmy.





Staś chciał tylko kropki układać.
Stworzył zatem biedronkę Czterdziestokropkę.
Ilość kropek oczywiście policzył :)



Następnie przygotowywaliśmy się do dodawania i ćwiczyliśmy liczby parzyste
układając taką samą ilość kropek po obu stronach biedronki (klik).




Kolejnym krokiem były próby dodawania tej samej ilości kropek (klik)

Na początku Staś nie była szczególnie zainteresowany..
Doszliśmy do 2+2.



Przełom nastąpił dopiero po paru dniach obcowania z biedronkami.. ;)



Liczyliśmy też kropki przyczepiając do niech odpowiednią ilość spinaczy.




Do pracy ze spinaczami chłopcy wracali najchętniej, ponieważ bawiliśmy się, że tworzymy w ten sposób nogi biedronek (odpowiednio do ilości kropek lub prawie odpowiednio ;)) i później chodziliśmy takimi stworami po podłodze ganiając jeden drugiego..

Ostatnio Antoś wymyślił sobie również, by kropki przenosić pęsetą (podbierając ją Ani).
Częściowo się udawało :)



Nasze aktywności biedronkowe (układanie drobnych elementów chwytem pęsetowym, praca z klamerkami do bielizny) sprzyjały też rozwojowi motoryki małej, tak ważnej przy przygotowaniu do nauki pisania. Są to ćwiczenia usprawniające precyzję ruchów i koordynację wzrokowo-ruchową dzieci.


Te oraz wiele innych ciekawych kart pracy dla dzieci znajdziecie na stronie www.twinkl.co.uk :)
Karty do pracy z biedronką znajdziecie na boxie, ja mam je tylko pożyczone w wersji papierowej.
Post bierze udział w akcji

8 listopada 2014

Owady cz. IV - Prostoskrzydłe: szarańcza, pasikonik, długoskrzydlak sierposz i trajkotka czerwona

Owadzich tematów ciąg dalszy. Po mrówkach przyszedł czas na prostoskrzydłe.
Kupując pewnego razu siano dla świnki morskiej, jak zwykle przystanęłam przy gablotach ze zwierzętami. Pooglądałam rybki, króliki i żółwie. Potem przyszedł czas na gekony i kameleona. Gdy nagle mój wzrok przykuły małe pudełka na dole regału sklepowego. Były tam, w skrócie rzecz ujmując, przeróżne robale. Na pokarm dla tych zwierząt wyżej. I wtedy w mej głowie zrodził się pomysł. Zrealizowany już w parę dni później.
Jako mała dziewczynka zatrzymywałam się na spacerze nad każdym stworzonkiem i wszystko, co się ruszało, było dla mnie ciekawe. Kochana Mama nie zabraniała mi tego. Chociaż do domu nic przynosić nie mogłam. Teraz spełniając dziecięce pragnienia, to ja znoszę do domu przeróżne żyjątka. Dzieciom to się podoba, a mężowi na szczęście nie przeszkadza ;) Zatem parę dni później wracając ze spaceru szalona matka zabrała całą gromadkę do sklepu zoologicznego i zakupiliśmy szarańczę. Podobały się nam również świerszcze. Pięknie grały. Jednak były dla nas zbyt ruchliwe i trzeba było zakupić ich od razu całą dziesiątkę. Bałam się, że ich nie upilnujemy ;)

Szarańcza była dużo spokojniejsza, sprzedawana na sztuki, za 3 zł :) Tak więc do domu wróciliśmy z nowym współlokatorem.



Nadszedł czas na urządzenie mu "terrarium". Te ze sklepu były dość kosztowne i na nic się nie zdecydowaliśmy. Potrzebowaliśmy dużego pudełka z dziurkami, najchętniej przezroczystego. Los padł na pojemnik po karmie dla świnki morskiej.



Potrzebowaliśmy jeszcze siana (podkradliśmy również śwince) oraz patyków (z podwórka).



Wystarczyło zrobić tylko dziurki.. Okazało się, że nie jest to wcale takie proste. Na szczęście przyjemne ;)

Pojemnik był porządny, a plastik dosyć gruby. Więc by uatrakcyjnić ten etap przygotowań, wyciągnęłam grubą dechę, młotek i gwoździe i zabraliśmy się do pracy. Nie obyło się bez kombinerek. Plastik był mocny i dzieci musiały bardzo mocno uderzać młotkiem. Kombinerki chroniły nasze paluszki ;)









Gdy dziurki zostały już zrobione wystarczyło wymościć Kolumbowi (bo takie imię otrzymała metodą burzy mózgów i głosowania nasza szarańcza) domek siankiem, włożyć ze dwa badyle, by miał na czym siedzieć i mógł nam pozować w celach naukowych, dać kawałek jabłuszka i gotowe!























Niestety po dwóch tygodniach nasz Kolumb padł :( Pan w sklepie mówił, że powinien pożyć około miesiąca, dwóch.. Nie udało się :(
No cóż, pocieszaliśmy się, że chyba lepsza taka śmierć niż w paszczy kameleona..

Kolejnym lokatorem naszego "terrarium" został długoskrzydlak sierposz z rodziny pasikonikowatych. Dokładnie dwa. Tym razem same nas odwiedziły. Wypatrzył je Kochany Mąż w... naszej sypialni. Obydwa natychmiast zostały złapane i prawie natychmiast przeniesione do gotowego już pojemnika. Trzeba było tylko grzecznie wyprosić z niego aktualnych lokatorów, czyli przyniesione już po raz trzeci tego lata ślimaki. Tym razem przez chłopców, nie przez mamę ;)


Nasi nowi przyjaciele byli bardzo ruchliwi i skoczni. Dużo bardziej niż szarańcza. Widać było, że to owady żyjące na wolności.. Kolumb był w sumie dosyć niemrawy, natomiast długoskrzydlaki bardzo ruchliwe. Chyba, że nasz "szarańcz" miał za mało miejsca, by pokazać, co potrafi ;)



Na zdjęciu powyżej świetnie widać, jak długie są skrzydła w stosunku do ciała owada. Charakterystyczne są również skrzydła, ponieważ pierwsza para wierzchnia, tzw. pokrywy, są krótsze niż druga para skrzydeł. Doskonale widoczne na zdjęciu jest również znajdujące się na końcu odwłoka sierpowato zakończone pokładełko rzeczywiste samicy. Jest to narząd płciowy, który samice prostoskrzydłych wkładają do dziury w ziemi składając tam jaja.

U samca (na zdjęciu poniżej) na końcu odwłoka znajdują się szczypcowato zakończone przysadki odwłokowe. Pełniące rolę aparatu kopulacyjnego oraz narządu zmysłu dotyku i słuchu.


Podając im pokarm trzeba było bardzo uważać by nie uciekły.



Zapraszamy na film pokazujący posiłek długoskrzydlaka.


Wypuściliśmy je po tygodniu nie chcąc, by podzieliły los szarańczy. 
Wtedy myśleliśmy jeszcze, że są to.. pasikoniki ;)



Podsumowując:
Mogliśmy porównać budowę szarańczy i długoskrzydlaka sierposza. Na początku, jak już wspomniałam, myśleliśmy, że złapaliśmy pasikonika. Na szczęście Wujek Google ostatecznie pomógł nam w identyfikacji ;) Na naszą obronę może świadczyć fakt, iż oba gatunki pochodzą z rodziny pasikonikowatych długoczułkowców. Spójrzcie sami, czyż nie jest podobny?

Zdjęcie z Wikipedii.

Przy okazji dokształciliśmy się z zakresu wszystkich trzech "skoczków".
Budowa tych owadów jest nieco inna. Okazało się również ku naszemu zdumieniu, że pasikonik jest zwierzęciem roślinożernym i... mięsożernym! To bardzo sprawny drapieżnik :) 
Szarańcza natomiast je tylko rośliny. Ba! Na dodatek nie wszystkie, jest tzw. oligofagiem, czyli zwierzęciem wybrednym, żywiącym się tylko wybranymi gatunkami roślin z jednej rodziny. Długoskrzydlaki są przede wszystkim roślinożerne, ale zdarza im się pożerać małe owady.
Pasikoniki, a zwłaszcza długoskrzydlaki sierposze, mają dłuższe czułki (należą do rzędu owadów prostoskrzydłych długoczułkowych) oraz dłuższe pokładełko niż szarańcze. W innym miejscu znajduje się też u nich aparat strydulacyjny czyli głosowy, mianowicie na pierwszej parze skrzydeł. Natomiast u szarańczy na tylnych odnóżach, które pocierają również o skrzydła. Długoczułkowce pocierają o siebie tylko skrzydełka.
Długoskrzydlaki sierposze są wpisane na Czerwoną listę zwierząt ginących i zagrożonych w Polsce, aktualnie ze znakiem zapytania, ponieważ zwiększa się zasięg ich występowania. Tym bardziej się cieszymy, że wypuściliśmy je całe i zdrowe.
Jeśli chcecie więcej poczytać o tych miłych stworzeniach, to oprócz Wikipedii warto zajrzeć tutaj i tutaj oraz by obejrzeć piękne zdjęcia nie tylko owadów tutaj.

Obserwowaliśmy też.. trajkotkę czerwoną. Czyż nie zwie się uroczo? :)
Ten prostoskrzydły należy do rodziny szarańczowatych. Nazwa owada pochodzi od dźwięku jaki wydaje podczas lotu oraz czerwonej drugiej pary skrzydeł. Na zdjęciu poniżej samiec. Więcej ciekawostek przeczytacie tutaj.



Prostoskrzydłe w cyklu rozwojowym nie ulegają pełnej metamorfozie jak np. mrówki czy biedronki. Występuje u nich tzw. hemimetabolia czyli przeobrażenie niezupełne. Najpierw jest jajo, później larwa, która w kolejnych linieniach staje się coraz większa i coraz bardziej przypominająca postać dorosłą owady, by ostatecznie osiągnąć końcową postać osobnika dorosłego tzw. imago.
Nasze krótkie opracowanie tego procesu znajdziecie tutaj.

 Dla Montessoriańców:
W przygotowaniu są również karty nomenklaturowe budowy szarańczy.
Aktualnie niestety niedokończone, czasu brak. Wyglądają tak.
Jeśli ktoś ma więcej czasu, by je dokończyć, niech korzysta :)
Podobne znajdziecie u Ewy tu.

Post bierze udział w drugiej edycji "Przyrody pod lupą" - więcej o projekcie oraz przyrodniczych aktywnościach na innych blogach przeczytacie tutaj :)

ps. Oczywiście te wszystkie aktywności odbywały się w sierpniu, a nasze posty niestety z "lekkim" opóźnieniem powstają.. ;)