Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
"Uczenie się nie jest efektem nauczania.
Uczenie się jest efektem działania podejmowanego przez tego, który się uczy".
John Caldwell Holt
© Wszelkie prawa w zakresie kopiowania i upowszechniania zamieszczonych na tym blogu tekstów i zdjęć w celach publicznych są zastrzeżone. Teksty i zdjęcia nie mogą być publikowane i powielane bez pisemnej zgody autorki.
Jeśli chcesz coś skopiować proszę napisz do mnie: m.m.kosicka@gmail.com
Natomiast w zaciszu domowym ze wszelkich pomysłów, metod, sposobów korzystajcie proszę do woli :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą neurodydaktyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą neurodydaktyka. Pokaż wszystkie posty

20 marca 2015

Kosmos cz.I - Układ Słoneczny

Dawno już miałam wrzucić.. Post czekał na dokończenie, ale ponieważ się nie może doczekać, wrzucam jak jest.

Temat kosmosu wraca w naszym domu jak bumerang. Zaczął się już w pierwszej klasie SP Ani i tak wraca, co jakiś czas. Podejrzewam, że teraz zwiększy swoją częstotliwość.
Tak jak i temat strażaków ;)

Zaczęliśmy klasycznie - od układu słonecznego. Wykorzystaliśmy karty z planetami, które robiłam jeszcze dla Ani, gdy była w II klasie SP. "Odkurzyliśmy" również jej lapbooka, do zrobienia którego zainspirowała mnie w owym czasie Linum. Dziękuję :)
Lapbook to tzw. książka na kolana, wynalazek w ED zza oceanu, co raz popularniejszy również u nas. Bardzo ułatwia naukę, porządkując ją i przekazując w bardziej przyswajalnej formie. Jak by to ująć neurodydaktycznie - zaprasza nasz mózg do pracy i zapamiętywania, zwłaszcza u autora (twórcy) tej pomocy edukacyjnej. Zwykle jest to teczka w której przykleja się w ciekawej formie małe własnoręcznie wykonane książeczki z opisanymi (najlepiej) własnoręcznie lub chociaż samodzielnie wyciętymi i przyklejonymi informacjami (zdjęciami, rysunkami, wykresami itp.) na dany temat. Można oczywiście  świetnie też się uczyć z takich zrobionych przez mamę czy starsze rodzeństwo, ale im więcej osobistej pracy, tym więcej nasz mózg zapamięta. Ja w naszej edukacji domowej czasami mam wrażenie, że aż puchnę od wiedzy, która wylewa mi się uszami...  Lepiej późno niż wcale.. To jest ten plus edukacji domowej dla rodzica ;)

Zapraszam na film o lapbooku.  

Którego właśnie brak. Zdjęć też nie mogę wrzucić, bo lapbook gdzieś zaginął :( Pojawią się zatem w innym terminie i poście.. Wybaczcie.

W lapbooku znajdują się właśnie karty a'la Montessori z planetami Układu Słonecznego. To chyba były moje pierwsze samodzielnie zrobione karty wg. tej metody. Są niewymiarowe i bez ramek, ale skorzystać można, więc załączam. Wycinałam je tak by powstały białe ramki wkoło zdjęć. Fotografie w większości z Wikipedii. Bardziej wymagające osoby mogą sobie je poprawić według własnych upodobań ;)

Karty z planetami Układu Słonecznego do ściągnięcia:
- zdjęcia z podpisami (klik)
- zdjęcia bez podpisów (klik)
- podpisy (klik)

Chłopcy bardzo chętnie (i często!) z nimi pracują. Znają już też na pamięć kolejność planet w układzie słonecznym, uczymy się też rozpoznawania ich po samym zdjęciu. 
Karty układamy na specjalnie do tego przeznaczonej czarnej macie.
Ania ten temat ma już opanowany od jakiegoś czasu właśnie dzięki lapbookowi, tworzyła w nim m.in. własne planety. Teraz staramy się zagadnienia kosmiczne poszerzać.


Bardzo duże wrażenie zrobił na dzieciach (i nie tylko) film pokazujący wielkość planet.
Jest naprawdę poruszający i zachwycający, bardzo ładnie i sugestywnie zrobiony. Na dodatek wielbiący Stwórcę tych wspaniałości. Polecam gorąco!


Bawimy się również grą "Układ Słoneczny" polskiego wydawnictwa "Zebra". Zawiera ona animowane kartoniki 2D z planetami oraz innymi obiektami występującymi w kosmosie.








Moi mali panowie byli też oczywiście bardzo zainteresowani lotami kosmicznymi. Oprócz książek i kolorowanek, sięgnęliśmy do filmu:

 

Dzieci zainteresowały się również życiem w przestrzeni kosmicznej. 
Poznaliśmy zatem Międzynarodową Stację Kosmiczną (ISS).


A tak myje się ręce, gdy grawitacji brak ;)


Warto pobawić się w zrobienie samodzielnie rakiety czy statku kosmicznego.
Trzy lata temu powstał duży egzemplarz. Naszą rakietę wycięliśmy z kawałków tektury, które odpowiednio pomalowaliśmy i posklejaliśmy. By dodać całości "kosmicznego" klimatu użyliśmy po prostu folii aluminiowej.


Staś miał dwa lata, a Ania siedem :) 
Wtedy temat kosmosu i "zaczyn" lapbooka o nim po raz pierwszy pojawiły się w naszym domu,
a Antoś pływał sobie w moim brzuchu.



Ostatnio natomiast powstały u nas promy kosmiczne, o których będzie więcej w tym poście (klik) 
(w sieci pojawi się niedługo :)
Poniżej książki, z jakich korzystamy w tym temacie. Naturalnie dzięki Bibliotece Publicznej :)
Biblioteki uwielbiałam odwiedzać od dziecka, są niezrównaną kopalnią pomocy naukowych dla homeschoolersów.







 Kosmos jest oczywiście też stałą inspiracją dla rysunków naszych dzieci.
Zwłaszcza chłopców ;)




Polecam również stronę NASA dla dzieci. Znajdziecie tam wiele ciekawostek i różnorodnych aktywności, gier i zabaw już dla 4-5 letnich maluchów. Stasiowi przypadły do gustu zwłaszcza zabawy na stronie NASA Kids Club. Mają one pięć stopni trudności, więc każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Dla starszych dzieci znajdziecie natomiast ciekawe aplikacje tutaj: NASA Układ Słoneczny.
Inną bardzo ciekawą stroną dla starszych dzieci i młodzieży jest Polski Portal Astronomiczny AstroNET.

Małe Kosiki lubią też stronę Miś Bu w Kosmosie, to jedna z wielu "Przygód" Misia Bu ze strony www.buliba.pl Korzystamy z niej już dobrych 5 lat i jak dotąd nie znudziło nam się. Jest ona adresowana do dzieci młodszych (przedszkolaków i SP I-III), ale Ania do tej pory lubi pobawić się na niej razem z Antosiem. Staś radzi już sobie samodzielnie.

Warto również będąc na google mapsach mocno oddalić się od Ziemi. Robiliście tak? Warto :) Pojawia się wtedy taka mała ikonka w lewym dolnym rogu Earth. Kliknijcie na nią.

26 grudnia 2014

Rzeźbimy mózg - ciasteczka edukacyjne grudzień

W grudniowym numerze Gazetki Sąsiedzkiej ukazał się mój kolejny tekst z cyklu Ciasteczek edukacyjnych. Tym razem było o neurodydaktyce.

Cała Gazetka jest do ściągnięcia tutaj, a do lektury artykułu zapraszam również poniżej.



Rzeźbimy mózg

Lubimy uczyć się o tym, co nas interesuje lub tego, co może nam się przydać w życiu. Chętniej poznajemy nowe rzeczy w gronie przyjaciół i bliskich nam osób. Dla wielu ludzi rozwiązywanie zagadek i krzyżówek jest wspaniałą formą rozrywki. To tylko niektóre ze sposobów uczenia się, jakie preferuje nasz mózg.  W naszej domowej szkole uczymy się na wiele sposobów. Staram się wykorzystywać różne nurty pedagogiczne. Zarówno klasyczne już koncepcje, jak i współczesne odkrycia naukowe. Jedną z takich stosunkowo nowych i prężnie rozwijających się dziedzin nauki jest neurodydaktyka, czyli nauka o tym jak lubi uczyć się nasz mózg.

Co lubią nasze głowy?

Neurony w naszych głowach najchętniej rozwiązują problemy, nie lubią biernego powtarzania i odtwarzania. Jeśli jakiś temat wydaje się nam nudny, nasz mózg najzwyczajniej w świecie nie chce się tego uczyć. Nie czuje się zmotywowany. Więc jak go zachęcać do nauki?
Świat jest ciekawy i pasjonujący, więc nauka z perspektywy osoby dorosłej powinna wydawać się niezmiernie interesująca. Są sytuacje, kiedy po prostu musimy się pewnych rzeczy uczyć. By funkcjonować, bo tak stanowi prawo, by lepiej zarabiać i gdzieś na końcu by się rozwijać. A jak motywować do nauki dzieci, które trudno przekonać, że coś jest wartościowe i do nauczenia wręcz koniecznie. Na przykład tabliczka mnożenia czy zasady ortografii. Przecież dzisiaj są kalkulatory i programy komputerowe, które same poprawiają nasze błędy.
Z pomocą przychodzi nam wiedza o tym, jak lubi uczyć się nasz mózg. Czynniki pomocne naszym strukturom neuronalnym w procesie uczenia to:
- łączenie wiedzy poznawczej z emocjami i aktywnością ciała
- bezstresowa, przyjazna atmosfera
- praktyczne znaczenie i zastosowanie poznawanego materiału
- poznawanie raczej przez wzrok a nie słuch (ułatwia zapamiętywanie)
- poznawanie przez dotyk rąk (ręce mają w mózgu bardzo dużą reprezentację, ich aktywność pobudza więc wiele struktur neuronalnych)
- możliwość odniesienia poznawanego materiału do własnych doświadczeń
- rozwiązywanie problemów i przetwarzanie informacji zamiast reprodukowania
- praca w grupie

Ruch, poznawanie dłońmi i dużo śmiechu

Ciężko wykorzystywać wszystkie wytyczne na raz, dlatego należy dostosować je do zaistniałych warunków. Naszym pomysłem na naukę ortografii w myśl zasad neurodydaktyki było połączenie poznawanych zasad poprawnej pisowni z ruchem i pozytywnymi emocjami. Oczywiście w przyjaznej i bezpiecznej atmosferze. By jak najbardziej zaangażować córkę poprosiłam ją, by napisała literki u, ó, ż, rz, h oraz ch każdą oddzielnie na kartce A4, tak by każda wypełniała całą stronę. Następnie wspólnie zalaminowałyśmy naszą pomoc. Potem zaczęła się zabawa. Ja głośno wymawiałam słowo z trudnością ortograficzną np. wóz, a zadaniem Ani było jak najszybciej znaleźć się na odpowiedniej literce i następnie wypowiedzieć odpowiednią zasadę, w tym wypadku o odmianie ó na o, czyli wóz bo wozy. Jeśli nie wiedziała, jak wyjaśnić pisownię lub po prostu pomyliła się skacząc na złą literę, ja mówiłam odpowiednią regułę. Dużo przy tym było śmiechu i zabawy, ponieważ słówka wypowiadałam coraz szybciej i trzeba było spieszyć się ze skakaniem. Bawił się z nami wtedy też dwuletni Staś i również z radością skakał na literki. Biorąc pod uwagę współczesną wiedzę o zapamiętywaniu w jego głowie również utworzyły się nowe połączenia nerwowe. Przy tej zabawie szybko udało nam się opanować zasady ortografii.
W większej grupie zabawa jest jeszcze weselsza i efektywniejsza. Dla dużej ilości dzieci można zrobić takie litery w formie plakatu czy na papierze pakowym.
Ucząc się tabliczki mnożenia z dziećmi wykorzystuję gry planszowe, które moje dzieci bardzo lubią. Jedna ma wesołą szatę graficzną. Jest to ślimak, w którego zwojach muszli wpisane są działania. Dziecko może samo wykonać taką pomoc, by jeszcze bardziej zaktywować swoje neurony i pobudzić je do pracy. Druga gra jest stworzona na zasadzie memory. Należy połączyć w pary działanie z wynikiem. Wygrywa oczywiście ten, kto zbierze więcej par. Często przed otworzeniem zeszytu ćwiczeń z matematyki rozgrywałyśmy małą partyjkę w ramach rozgrzewki. To od razu pozytywnie nastawiało córkę do dalszej pracy. Odkąd opanowała zasady mnożenia ogrywa mnie regularnie. Ku mej uciesze i przy okazji ciągle te zasady sobie utrwalając.
Kiedy uczyliśmy się o starożytnej Grecji, jako etap wyjściowy mający wzbudzić ciekawość i zainteresowanie, przygotowałam dla dzieci mini wykopaliska archeologiczne. Do misek powrzucałam różne znaleziska: monety, łańcuszki, pierścionki i inne gadżety znalezione w szufladach. Włożyłem tam również trzy zalaminowane wizerunki antycznych greckich amfor pocięte na kawałki. Następnie wszystko zasypałam „piaskiem”, czyli u nas kaszą manną. Dzieci dostały fartuszki, pędzelki i inne przydatne narzędzia, jakie akurat udało się znaleźć w domu i wcieliły się w role archeologów. Gdy odkopały już wszystkie znaleziska, musiały ułożyć ze znalezionych „skorup” greckie wazy. Ponieważ wcześniej je wymieszałam bez współpracy się nie obeszło. Gdy później opowiadałam im o pracy archeologów i Starożytnej Grecji były bardzo skupione i zaangażowane. Szybko zapamiętały, kim są archeolodzy, jak wygląda ich praca i jak wyglądają starożytne greckie wazy malowane stylem czarnofigurowym,. Ich sieć neuronalna została odpowiednio pobudzona i zmotywowana do nauki. Wykorzystałam tutaj takie zasady przyjazne uczeniu się jak aktywność wzrokowa i dotykowa, rozwiązywanie problemów, współpraca w grupie i możliwość odniesienia poznawanego materiału do własnych doświadczeń.

Rozbudowujmy sieci neuronalne

W sytuacji, gdy oprócz wiadomości przekazanych ustnie, pobudzamy także inne połączenia nerwowe w naszej głowie uzyskane poprzez wzrok, dotyk, aktywność fizyczną i odczuwane emocje, w procesie uczenia się uczestniczy nie tylko hipokamp, ale również dużo efektywniejsze struktury korowe. Wtedy przedstawiony temat dużo silniej aktywizuje nasz mózg, a przez to nowe informacje zostają dużo lepiej zapisane w naszej pamięci. Taka aktywność naszych dzieci znajduje odzwierciedlenie w strukturze ich sieci neuronalnej. Badacze nauk kognitywnych określają ten proces żartobliwie jako rzeźbienie mózgu.
Osobom zainteresowanym tematem polecam książkę Marzeny Żylinskiej "Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi" Wydawnictwa Uniwersytetu Mikołaja Kopernika.

 ***

O naszej zabawie ortograficznej przeczytacie więcej tutaj.
O wykopaliskach archeologicznych tutaj.

Również nasze aktywności inspirowane metodą włoskiej pedagożki Marii Montessori mieszczą się w ramach zasad neurodydaktyki. Zapraszam do etykiet tematycznych "Montessori" po prawej stronie.
Polecam również lekturę niezmiernie ciekawego bloga pani Marzeny http://osswiata.pl/zylinska/

WAŻNE
Jeśli chcielibyście kupić książkę pani Żylińskiej, kupujcie tylko tą wydaną przez Wydawnictwo UMK (z granatowym profilem twarzy). Na rynku dostępna jest też "Neurodydaktyka" bez autoryzacji pani Marzeny. Więcej na ten temat przeczytacie tutaj.



28 stycznia 2014

Wykopaliska archeologiczne w myśl neurodydaktyki - Starożytna Grecja

W myśl zasad neurodydaktyki staram się urozmaicać naszą naukę działaniami sensorycznymi, najlepiej związanymi z dotykiem i rozwiązywaniem problemów. Podczas poznawania Starożytnej Grecji (w klasie III, chociaż teraz w klasie IV również do niej wracamy) wymyśliłam taką oto zabawę, jako przerywnik bardziej tradycyjnych metod nauczania. Związane to było również z wielkim zainteresowaniem Ani archeologią. Przy okazji jest to zabawa również bardzo atrakcyjna dla Stasia (w zeszłym roku), a teraz na pewno i Antosia - chociaż jeszcze nie próbował.

Z ceramiki starożytnej Grecji wybrałam trzy, dosyć podobne amfory wykonane stylem czarnofigurowym. Zdjęcia pochodzące z Wikipedii dopasowałam do mniej więcej jednego rozmiaru, tak by naczynia  nie różniły się wielkością. Wydrukowałam je, zalaminowałam, następnie wycięłam wzdłuż kształtów.




Następnie złożyłam wszystkie trzy razem i pocięłam na części (puzzle) tak by każda waza składała się z kawałków o mniej więcej takich samych kształtach. Miało to na celu utrudnienie pracy, by ułożenie wazy znalezionej w kawałkach podczas "wykopalisk" nie było za łatwe.







Kolejną czynnością było stworzenie wykopalisk. Ponieważ pora roku nie sprzyjała zabawie w paskownicy posłużyłam się miejscem pracy w zaciszu domowym.
Przygotowałam dwie miski - dla każdego z dzieci. Włożyłam do nich różne "archeologiczne" znaleziska i zasypałam "piachem". Znaleziskami może być dosłownie wszystko, byle były one dostosowane wielkością do naszego stanowiska pracy i dały się ukryć pod "ziemią". Znalazły się więc tam zarówno tzw. "śmieci" jak i bardziej "cenne" przedmioty - czytaj "starodawne" wisiorki i biżuteria, dawne monety, tajemnicze pudełeczka, ceramiczne figurki . Wrzucajcie co tam w domu znajdziecie. Dzieci ucieszą się z każdej znalezionej rzeczy, przynajmniej moje dosłownie wszystkim były zachwycone.

Tak wyglądały przygotowane "znaleziska" przed zasypaniem:



Oczywiście dodane zostały również pocięte części amfor greckich. Jednak wymieszane, tak by dzieci ukłądając puzzle musiały ze sobą współpracować przy ich kompletowaniu.

Ponieważ nie lubię piasku w domu zastąpiłam go mąką, kaszą manną, płatkami owsianymi i kaszą jaglaną. Specjalnie dobrałam różne struktury by odczucia sensoryczne były ciekawsze. Ale też by odkurzacz poradził sobie z posprzątaniem po wykopaliskach.

Ponieważ wcześniej rozmawialiśmy o archeologii dzieci wiedziały, że szukając dawnych przedmiotów należy robić to ostrożnie i delikatnie. Dostarczyłam im "specjalistycznych narzędzi" do wyszukiwania w postaci różnych pędzelków, małych łopatek, łyżeczek, patyczków etc.



Pierwsze znaleziska :)


I kolejne.


Pod koniec pracy pomyśleliśmy o fartuszkach. Okazało się też, że przydatne będą dodatkowe sprzęty do wyszukiwania ;)

Na koniec zostały wspólnie ułożone greckie amfory ze znalezionych na obydwu stanowiskach archeologicznych części naczyń.



Myślę, że zaletą tej zabawy jest możliwość dostosowywania jej do aktualnych potrzeb edukacyjnych. "Zakopać" możemy przecież wszystko, czy będą to prehistoryczne narzędzia, starożytne misy, średniowieczna biżuteria czy kości dinozaura. Ten ostatni pomysł na pewno zrealizujemy, ponieważ rośnie nam kolejny miłośnik tych prehistorycznych gadów :)

3 marca 2012

Dinoopoociąg naaasz!

Czy znacie tę bajkę dla dzieci? Ania i Staś ją bardzo lubią. To historyjki o rodzinie dinozaurów, pteranodonów i jednego tyranozaura, który przez przypadek znalazł się również w ich gnieździe. Oczywiście został od razu zaakceptowany i pokochany przez Mamę Pteranodon i pozostałe rodzeństwo.
Fazę na dinozaury Staś ma od jakichś dwóch miesięcy, Ania też się zaraziła, chociaż większość dinozaurów znajdujących się u nas w domu jest w spadku po niej. Czasami to bardzo mocno podkreśla.. Na szczęście Staś też już się paru sztuk "dorobił" ;)

Próbując jakoś wykorzystać to zamiłowanie stworzyłyśmy z Anią naszą własną adaptację Dinopociągu.
Zrobiłyśmy oś czasu z erami i okresami geologicznymi, głównie skupiając się na erze mezozoicznej, w której żyły dinozaury. Przy okazji Ania poznała nazwy poszczególnych okresów, er i eonów. Nie zrobiłam ich wielkości / długości proporcjonalnie do czasu trwania (jak to np. jest w szkole Montessori), jedynie opisałam ile czasu trwały poszczególne ery. Nie starczyłoby nam miejsca w pokoju.. Zależało mi na mezozoiku. I jego okresy Ania zna już bezbłędnie.
Proporcje pomiędzy erami ładnie zaprezentował nam poniższy schemat.

Gdyby dzieje Ziemi sprowadzić do jednego roku wówczas zależności pomiędzy czasem trwania poszczególnych er wyglądałyby następująco:




Podaję za: www.wiking.edu.pl

Polecam również tę stronę z wykazem er i okresów geologicznych.


Gdy nasze tory już powstały, Ancia rozkładała swoje karty z dinozaurami próbując dopasować poszczególne gatunki do okresów, w których żyły.



Stasio zaraz po obudzeniu się, już w trochę inny sposób, również zabrał się do zabawy :)



Dinozaury zatem jeżdżą sobie koleją..

mieszkają w domkach..



 powstają z ciastoliny i masy solnej..


pomagają przy transportowaniu fasoli (tu jeden w szaliku, chory bidulek)..


i uczestniczą w wielu innych naszych codziennych czynnościach: jedzeniu, spaniu, kąpieli itd.itp... chyba we wszystkim..
Stasio oczywiście ciągle jest jakimś dino, albo panem konduktorem ("pan Dodon" czyli pan Trodon), wtedy kasuje nam bilety swoim trodońskim pazurem albo "Nu" czyli Nuk czworonóg (brachiozaur), albo "Blublu" czyli Bratek (tyranozaur) gubiący zęby, albo "Sam" (Sam pteranodon), który te zęby zbiera. Ja oczywiście regularnie wołam głosem groźnej tyranozaurzycy.. "AAANIAAAAA!!! OOOOBIAAAD!!!" (to ekhym.. cytat z filmu.. :)) Stasio poszczególnymi rolami obsadza całą rodzinę i każdego dnia można poczuć się kimś innym.
Już je nawet pokochałam. Te dinozaury. I w końcu nauczyłam się tych skomplikowanych nazw korytozaury, stygimolochy, ornitomimy, pteranodony (które początkowo ku rozpaczy moich dzieci nazywałam stale pterodonami) i inne.. Ania by więcej wymieniła..
Stegozaury, triceratopsy, tyranozaury i brachiozaury znałam wcześniej ale na tym moja wiedza się kończyła. Ach jeszcze pterodaktyle. Nie wiele. Teraz jestem już całkiem nieźle wyedukowana.

Fajna ta edukacja domowa - mama może się trochę podciągnąć :)

Na deser dinozaur Stasia z plasteliny. To mój ulubiony.