Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
"Uczenie się nie jest efektem nauczania.
Uczenie się jest efektem działania podejmowanego przez tego, który się uczy".
John Caldwell Holt
© Wszelkie prawa w zakresie kopiowania i upowszechniania zamieszczonych na tym blogu tekstów i zdjęć w celach publicznych są zastrzeżone. Teksty i zdjęcia nie mogą być publikowane i powielane bez pisemnej zgody autorki.
Jeśli chcesz coś skopiować proszę napisz do mnie: m.m.kosicka@gmail.com
Natomiast w zaciszu domowym ze wszelkich pomysłów, metod, sposobów korzystajcie proszę do woli :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hodujemy zwierzęta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hodujemy zwierzęta. Pokaż wszystkie posty

8 listopada 2014

Owady cz. IV - Prostoskrzydłe: szarańcza, pasikonik, długoskrzydlak sierposz i trajkotka czerwona

Owadzich tematów ciąg dalszy. Po mrówkach przyszedł czas na prostoskrzydłe.
Kupując pewnego razu siano dla świnki morskiej, jak zwykle przystanęłam przy gablotach ze zwierzętami. Pooglądałam rybki, króliki i żółwie. Potem przyszedł czas na gekony i kameleona. Gdy nagle mój wzrok przykuły małe pudełka na dole regału sklepowego. Były tam, w skrócie rzecz ujmując, przeróżne robale. Na pokarm dla tych zwierząt wyżej. I wtedy w mej głowie zrodził się pomysł. Zrealizowany już w parę dni później.
Jako mała dziewczynka zatrzymywałam się na spacerze nad każdym stworzonkiem i wszystko, co się ruszało, było dla mnie ciekawe. Kochana Mama nie zabraniała mi tego. Chociaż do domu nic przynosić nie mogłam. Teraz spełniając dziecięce pragnienia, to ja znoszę do domu przeróżne żyjątka. Dzieciom to się podoba, a mężowi na szczęście nie przeszkadza ;) Zatem parę dni później wracając ze spaceru szalona matka zabrała całą gromadkę do sklepu zoologicznego i zakupiliśmy szarańczę. Podobały się nam również świerszcze. Pięknie grały. Jednak były dla nas zbyt ruchliwe i trzeba było zakupić ich od razu całą dziesiątkę. Bałam się, że ich nie upilnujemy ;)

Szarańcza była dużo spokojniejsza, sprzedawana na sztuki, za 3 zł :) Tak więc do domu wróciliśmy z nowym współlokatorem.



Nadszedł czas na urządzenie mu "terrarium". Te ze sklepu były dość kosztowne i na nic się nie zdecydowaliśmy. Potrzebowaliśmy dużego pudełka z dziurkami, najchętniej przezroczystego. Los padł na pojemnik po karmie dla świnki morskiej.



Potrzebowaliśmy jeszcze siana (podkradliśmy również śwince) oraz patyków (z podwórka).



Wystarczyło zrobić tylko dziurki.. Okazało się, że nie jest to wcale takie proste. Na szczęście przyjemne ;)

Pojemnik był porządny, a plastik dosyć gruby. Więc by uatrakcyjnić ten etap przygotowań, wyciągnęłam grubą dechę, młotek i gwoździe i zabraliśmy się do pracy. Nie obyło się bez kombinerek. Plastik był mocny i dzieci musiały bardzo mocno uderzać młotkiem. Kombinerki chroniły nasze paluszki ;)









Gdy dziurki zostały już zrobione wystarczyło wymościć Kolumbowi (bo takie imię otrzymała metodą burzy mózgów i głosowania nasza szarańcza) domek siankiem, włożyć ze dwa badyle, by miał na czym siedzieć i mógł nam pozować w celach naukowych, dać kawałek jabłuszka i gotowe!























Niestety po dwóch tygodniach nasz Kolumb padł :( Pan w sklepie mówił, że powinien pożyć około miesiąca, dwóch.. Nie udało się :(
No cóż, pocieszaliśmy się, że chyba lepsza taka śmierć niż w paszczy kameleona..

Kolejnym lokatorem naszego "terrarium" został długoskrzydlak sierposz z rodziny pasikonikowatych. Dokładnie dwa. Tym razem same nas odwiedziły. Wypatrzył je Kochany Mąż w... naszej sypialni. Obydwa natychmiast zostały złapane i prawie natychmiast przeniesione do gotowego już pojemnika. Trzeba było tylko grzecznie wyprosić z niego aktualnych lokatorów, czyli przyniesione już po raz trzeci tego lata ślimaki. Tym razem przez chłopców, nie przez mamę ;)


Nasi nowi przyjaciele byli bardzo ruchliwi i skoczni. Dużo bardziej niż szarańcza. Widać było, że to owady żyjące na wolności.. Kolumb był w sumie dosyć niemrawy, natomiast długoskrzydlaki bardzo ruchliwe. Chyba, że nasz "szarańcz" miał za mało miejsca, by pokazać, co potrafi ;)



Na zdjęciu powyżej świetnie widać, jak długie są skrzydła w stosunku do ciała owada. Charakterystyczne są również skrzydła, ponieważ pierwsza para wierzchnia, tzw. pokrywy, są krótsze niż druga para skrzydeł. Doskonale widoczne na zdjęciu jest również znajdujące się na końcu odwłoka sierpowato zakończone pokładełko rzeczywiste samicy. Jest to narząd płciowy, który samice prostoskrzydłych wkładają do dziury w ziemi składając tam jaja.

U samca (na zdjęciu poniżej) na końcu odwłoka znajdują się szczypcowato zakończone przysadki odwłokowe. Pełniące rolę aparatu kopulacyjnego oraz narządu zmysłu dotyku i słuchu.


Podając im pokarm trzeba było bardzo uważać by nie uciekły.



Zapraszamy na film pokazujący posiłek długoskrzydlaka.


Wypuściliśmy je po tygodniu nie chcąc, by podzieliły los szarańczy. 
Wtedy myśleliśmy jeszcze, że są to.. pasikoniki ;)



Podsumowując:
Mogliśmy porównać budowę szarańczy i długoskrzydlaka sierposza. Na początku, jak już wspomniałam, myśleliśmy, że złapaliśmy pasikonika. Na szczęście Wujek Google ostatecznie pomógł nam w identyfikacji ;) Na naszą obronę może świadczyć fakt, iż oba gatunki pochodzą z rodziny pasikonikowatych długoczułkowców. Spójrzcie sami, czyż nie jest podobny?

Zdjęcie z Wikipedii.

Przy okazji dokształciliśmy się z zakresu wszystkich trzech "skoczków".
Budowa tych owadów jest nieco inna. Okazało się również ku naszemu zdumieniu, że pasikonik jest zwierzęciem roślinożernym i... mięsożernym! To bardzo sprawny drapieżnik :) 
Szarańcza natomiast je tylko rośliny. Ba! Na dodatek nie wszystkie, jest tzw. oligofagiem, czyli zwierzęciem wybrednym, żywiącym się tylko wybranymi gatunkami roślin z jednej rodziny. Długoskrzydlaki są przede wszystkim roślinożerne, ale zdarza im się pożerać małe owady.
Pasikoniki, a zwłaszcza długoskrzydlaki sierposze, mają dłuższe czułki (należą do rzędu owadów prostoskrzydłych długoczułkowych) oraz dłuższe pokładełko niż szarańcze. W innym miejscu znajduje się też u nich aparat strydulacyjny czyli głosowy, mianowicie na pierwszej parze skrzydeł. Natomiast u szarańczy na tylnych odnóżach, które pocierają również o skrzydła. Długoczułkowce pocierają o siebie tylko skrzydełka.
Długoskrzydlaki sierposze są wpisane na Czerwoną listę zwierząt ginących i zagrożonych w Polsce, aktualnie ze znakiem zapytania, ponieważ zwiększa się zasięg ich występowania. Tym bardziej się cieszymy, że wypuściliśmy je całe i zdrowe.
Jeśli chcecie więcej poczytać o tych miłych stworzeniach, to oprócz Wikipedii warto zajrzeć tutaj i tutaj oraz by obejrzeć piękne zdjęcia nie tylko owadów tutaj.

Obserwowaliśmy też.. trajkotkę czerwoną. Czyż nie zwie się uroczo? :)
Ten prostoskrzydły należy do rodziny szarańczowatych. Nazwa owada pochodzi od dźwięku jaki wydaje podczas lotu oraz czerwonej drugiej pary skrzydeł. Na zdjęciu poniżej samiec. Więcej ciekawostek przeczytacie tutaj.



Prostoskrzydłe w cyklu rozwojowym nie ulegają pełnej metamorfozie jak np. mrówki czy biedronki. Występuje u nich tzw. hemimetabolia czyli przeobrażenie niezupełne. Najpierw jest jajo, później larwa, która w kolejnych linieniach staje się coraz większa i coraz bardziej przypominająca postać dorosłą owady, by ostatecznie osiągnąć końcową postać osobnika dorosłego tzw. imago.
Nasze krótkie opracowanie tego procesu znajdziecie tutaj.

 Dla Montessoriańców:
W przygotowaniu są również karty nomenklaturowe budowy szarańczy.
Aktualnie niestety niedokończone, czasu brak. Wyglądają tak.
Jeśli ktoś ma więcej czasu, by je dokończyć, niech korzysta :)
Podobne znajdziecie u Ewy tu.

Post bierze udział w drugiej edycji "Przyrody pod lupą" - więcej o projekcie oraz przyrodniczych aktywnościach na innych blogach przeczytacie tutaj :)

ps. Oczywiście te wszystkie aktywności odbywały się w sierpniu, a nasze posty niestety z "lekkim" opóźnieniem powstają.. ;)

7 sierpnia 2014

Owady cz. I - Hodujemy mrówkolwy (antlion, Myrmeleon formicarius).

Dzięki majowemu Nornik Łąkingowi w naszym domu pojawił się kolejny lokator. Nazwany został Stefan, a jest on mrówkolwem. Stefan jest aktualnie w postaci larwalnej. Po przetworzeniu stanie się owadem uskrzydlonym z rodziny sieciarek.


Spacer przyrodniczy, na którym poznaliśmy Stefana był tradycyjnie już organizowany przez panią Dorotę Wrońską w kompleksie leśnym na terenie Starej Miłosnej. Jedną z atrakcji było właśnie poznawanie naturalnego  środowiska występowania mrówkolwów. Bo można je spotkać (i hodować) także we własnym ogródku. To czego larwa mrówkolwa potrzebuje to piasek i odpowiednie pożywienie, najchętniej mrówki (stąd nazwa owada), ewentualnie inne drobne stawonogi (pająki, muszki etc.).
Larwy mrówkolwa trzeba szukać tuż pod powierzchnią piasku, najlepiej pod sosnami. Bory sosnowe to ulubione tereny bytowania tych owadów. Mrówkolwy zakopują się w piasku tworząc małe, lejkowate dołki. W zbliżeniu wygląda to trochę jak krajobraz księżycowy ;)



Larwa siedzi sobie na dnie takiego lejka i czeka na swą ofiarę. Na zewnątrz wystają jedynie jej żuwaczki. Gdy jakaś nieostrożna mrówka zawędruje w ową "kotlinkę", już raczej się z niej nie wydostanie. Gdy nieszczęsny owad próbuje wydostać się z leja, larwa ostrzeliwują ją ziarenkami piasku, tak by ofiara zsunęła się na sam dół. Tam mrówkolew łapie mocno swoją ofiarę żuwaczkami, wstrzykuje paraliżujące toksyny oraz enzymy powodujące rozkład ciała ofiary i wciąga pod piasek, następnie wysysa płynną substancję złapanego owada i wyrzuca na zewnątrz jego szczątki. Brzmi strasznie.. Taka już ta natura jest. Pewnie stąd drugi człon nazwy tego stawonoga - lew.

Przeszukując dołki, udało nam się złapać tego małego osobnika:

Wypuściliśmy go z powrotem. 
Podrzucaliśmy również mrówki w napotkane kotlinki, by zaobserwować jak mrówkolew poluje.


Nornikłąkowcy podczas obserwacji: 


 Kolejnym spotkanym mrówkolwem był nasz Stefan. 


Bardzo się ucieszyliśmy, gdy okazało się, że możemy go zabrać do domu.


Staraliśmy się zapewnić Stefanowi jak najlepsze warunki. 
Zabraliśmy piasek z terenu, gdzie go znaleźliśmy i trzymaliśmy go w słoiku, dostarczając mu co kilka dni świeżych mrówek złapanych w ogródku.





Mrówkolwy w postaci larwy żyją dosyć długo, w zależności od gatunku i środowiska od roku do trzech lat. Gdy osiągną masę krytyczną budują lepki kokon, w którym przeobrażają się w poczwarkę. Kokon oblepia się ziarnami piasku i szczątkami organicznymi dając poczwarce osłonę na 30 dni, do czasu metamorfozy w postać dorosłą (imago).


Ku naszemu zdumieniu po jakimś czasie odkryliśmy w słoiku idealną wręcz kuleczkę z piasku..

Teraz czekamy, co wydarzy się dalej :)

20 maja 2014

Brzuchonogi hodujemy

Brzuchonog, a kto to taki? To ślimak!

Jak co roku w maju (od lat trzech) córcia wpada do domu ze ślimakami w dłoniach i krzyczy od progu - "Mamo, mamo są już ślimaki! Hodujemy?!". A ja oczywiście mówię, że tak :)
Sama od małego uwielbiałam przyglądać się wszystkim żyjątkom tym małym i tym dużym. Więc jak mogłabym odmówić. Oprócz ślimaków zdarza nam się "hodować" też inne małe zwierzątka: gąsienice, dżdżownice, pająki, biedronki, mrówki (one akurat same przywędrowały ale je wygoniliśmy) i w tej chwili mamy również wielką komarzycę w słoiku, raczej w celach obserwacji pod mikroskopem ;)

Ślimaki są bardzo wdzięczne i kontaktowe. Chętnie pozują i dają się obserwować. I przy wypuszczaniu ze słoika tak szybko nie uciekają. Oczywiście nasze hodowle nie trwają zbyt długo, zwykle około dwóch tygodni, czasami trzech. Tak by zwierzątek nie zamęczyć, ale też się nimi nacieszyć. Później są z powrotem odnoszone do ogrodu.

Dzieci codziennie myją słoik naszych brzuchonogów, przynoszą im świeżej trawy i karmią sałatą. Przy okazji wypuszczając je na mały spacer.




Naszych małych lokatorów najlepiej trzymać w jak największym słoju, jaki mamy w domu, dobry też będzie duży przezroczysty wazon. Oczywiście idealne byłoby małe akwarium. Dno ślimakowego domu zwykle wyścielamy trawą. Łatwo wtedy im wysprzątać mieszkanie. Można też na dno wysypać torfu lub dobrej ziemi, najlepiej lekko wapiennej, jednak nie każda ziemia jest dobra. Ocenić nam to już trudniej, dlatego obywamy się bez niej. By uniemożliwić ślimakom ucieczkę, a wcale takie wolne nie są, górę słoika zakrywamy gazą (jedną warstwą, by brzuchonogi miały jak najwięcej powietrza) i mocujemy gumką recepturką. Nie trzymamy ślimaków na parapecie okiennym lub w nasłonecznionym miejscu. Preferują one miejsca zacienione. Należy też codziennie dostarczać im świeżej wody za pomocą spryskiwacza. Pomaga też ona w obserwacji tych mięczaków, ponieważ codziennie ucinają sobie drzemkę zamykając się w muszelce i wtedy nie wiele jest z nich pociechy. Karmimy je roślinami zielonymi, u nas zazwyczaj sałatą i mniszkiem lekarskim, za którym przepadają.

Tak wygląda nasz zestaw do obserwacji tych uroczych gastropodów.


Antoś jest nimi zachwycony :)

Nasze ślimaki to wstężyki ogrodowe i wstężyki gajowe. Różnią się kolorem wargi otaczającej otwór muszli. Te pierwsze mają jasną/białą wargę, natomiast drugie ciemnobrązową lub czarną.
Dzieci uczą się ich cyklu życia i budowy.

Na tym zdjęciu bardzo dobrze widać otwór oddechowy ślimaka. Wiecie gdzie jest? To taka mała dziurka na tzw. płaszczu otaczającym otwór muszli naszego gastropoda - tutaj wstężyka gajowego.


Ogólną charakterystykę, anatomię, opis cyklu życia oraz ciekawostki o brzuchonogach znajdziecie tutaj.

Gdybyście chcieli uczestniczyć w międzynarodowym badaniu wstężyków i pomóc w ich identyfikacji strona MegaLaboratorium Ewolucji zaprasza Was do współpracy :)
Na tej stronie znajdziecie też dużo informacji na temat wstężyków ogrodowych, gajowych i innych brzuchonogów :)